Puste krzesło

0

Oglądam zdjęcia, patrzę na roześmianą twarz, chcące żyć oczy i myślę, czy tam gdzie teraz jest, niebo też jest błękitne.
Czy tam też poranna rosa, łaskocze tak samo w stopy.
Czy deszcz pada tak jak u nas, słońce też rankiem zagląda do okien.
I czy tęsknota, boli tak samo mocno, jak tu na ziemi.
Bo boli, rozdziera i nie rozumie.
Nie może pojąć dlaczego ktoś był, trzymał za rękę, uśmiechał przy wspólnym śniadaniu, szeptał w nocy, że to tylko zły sen, a potem zniknął.
Odszedł zimną, czarniejszą niż zwykle nocą i nie zostawił nic prócz ciszy.
Tej, która rwie duszę na strzępki.

 

Nie chcę ale pamiętam…

Czasem nie chcę Cię już pamiętać, wspominać znajomych zapachów, koloru twych oczu.
Czasem ze złością, ciskam naszymi wspomnieniami o puste ściany.
A potem zbieram je rozsypane po podłodze i błagam łkając, żeby nie minęły.
Czasem nie chcę uśmiechać się mimowolnie do momentów, które niby lata temu a jakby wczoraj. Które już przeszły a we mnie wciąż żywe.
Nie chcę zasypiać i śnić Cię co noc, a potem świtem kolejny raz uświadamiać sobie, że nie ma Cię obok.

Że nawet nie wiem, gdzie jesteś,
i czy mnie widzisz.
Czy słyszysz jak wołam, jak błagam żebyś wrócił.
A potem się złoszczę i wszystkim wmawiam, że zapomniałam, że już Cię nie chcę, że już nie kocham.
Bo nadal nie mogę się z tym pogodzić, że “Nie opuszczę Cię aż do śmierci” przyszło za szybko, zabrało wszystko, pochowało Cię razem ze mną.
Bo nie można przestać kochać kogoś, o kim się śniło latami.
Kogo wyrwano ci siłą z ramion.
Kogoś, kto miał być na zawsze.
A na zawsze odszedł.

 

Nie chcę ale wciąż tęsknię…

Chyba za wszystkim co z tobą związane.
Za każdym gestem, spojrzeniem, barwą głosu, ciepłem dłoni.
Za tym jak czytałeś dzieciom bajki, jak gotowałeś rosół.
Za graniem na gitarze, za wspólnym kinem i spacerem, gdy padał deszcz.
Za twoim oddechem i cichym biciem serca. Wiesz, że do dziś pamiętam jego rytm?
Za twoimi głupimi żartami i niespodziankami, które wprawiały mnie w zachwyt.
Za naszymi podróżami, wspólnymi zachodami i liczeniem gwiazd.
Za tym jak mówiłeś, że gdy idę ulicą, neony tracą swój blask.
I za twoim łagodnym spojrzeniem, które potrafiło przegonić każdy mój lęk.
Za twoimi ostatnimi słowami, które zapewniały, że gdziekolwiek będziesz, nigdy nie przestaniesz kochać.

Nie chcę ale wciąż czekam…

Za każdym razem gdy patrzę na Twoje zdjęcie, wiem, że już nie wrócisz.
Że już przy Tobie nie zasnę, już się nie obudzę czując, jak trzymasz mnie za rękę.
Że już nie będzie wspólnych koncertów, nie będzie kłótni i zapewniania, że to tylko niepotrzebna złość.
Że już nie powinnam stawiać do obiadu czterech talerzy i robić ci kawy rano.
Że niepotrzebnie zerkam na telefon, bo już nigdy nie zadzwonisz.

Że nie powinnam w nocy szukać Cię obok, nie czekać na Twój powrót.
Że mogę tylko wierzyć, że gdzieś tam kiedyś, znowu mnie odnajdziesz, znowu powiesz coś o moich błękitnych oczach.
I znowu zakocham się tak, jak kocha się tylko raz.

 

To nie prawda, że ból mija z czasem, że potem jest lżej, że życie toczy się dalej, że jeszcze wszystko można poskładać.
Nie skleisz serca, które pękło na miliony kawałków i każdy z nich boli tak bardzo, że nie możesz wstać z kolan.
Zwłaszcza gdy klęczysz nad grobem kogoś, komu przysięgałeś, że nie opuścisz aż do śmierci.
On też ci to obiecał.
I dotrzymał bolesnego słowa.

 

Zapalam świeczkę, przyglądam, bo płomień migoce jak kiedyś wspólnie liczone gwiazdy.
Zastanawiam, czy tam gdzie jesteś, nie jest ci zimno, czy tęsknisz tak samo jak ja.
Wracam do domu i patrzę na puste krzesło.
To na którym kiedyś siedziałeś, z którego na mnie patrzyłeś.
I myślę, że to nie śmierć jest straszna.
Tylko czas, który jest tak odległy, jak stąd do nieba.
Bo ty już tam jesteś, a ja wciąż jeszcze w drodze…

 

Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzecz główną,
Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej – modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia –
I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.
[Jan Lechoń, “Pytasz, co w moim życiu…”]

 

Pamięci Łukasza Zadylaka.

Anika Zadylak, żona
🖤

 

 

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.