Tato, dlaczego mnie nie kochasz? To przez to, że jestem chory, prawda?

0

Pamiętam, że obudził mnie dziwny sen. Marta, moja żona, była wtedy w czwartym miesiącu ciąży. Śniło mi się, że idę przez las. Słyszę głos dziecka i wiem, że to mój syn. Śmieje się i woła – Tatusiu tu jestem! Podejdź bliżej i złap mnie za rękę! I nagle go widzę. Podbiegam i usiłuje chwycić jego dłoń ale ta, przelatuje mi przez palce. Jakby był duchem a nie człowiekiem.

Kiedy kilka miesięcy później, na świat przyszedł Szymek i okazało się, że ma mukowiscydozę, wrócił do mnie ten obraz ze snu.
Ale dopiero po latach zrozumiałem, że nie chodziło tylko o jego chorobę.
Tylko o to, że go zostawiłem.
Zdaję sobie sprawę, że większość ludzi uważa mnie za tchórza. Skurwiela, który miał wszystko w dupie i egoistycznie, zostawił swoją rodzinę. Możesz o mnie pomyśleć i napisać, co zechcesz.
Zgodziłem się na tę rozmowę, nie po to żeby się komuś tłumaczyć. Zostawiłem mojego chorego syna, bo nie chciałem dodatkowo go krzywdzić. Wiesz, czasem najlepsze co możesz zrobić dla osoby którą kochasz, to odejść.
Byliśmy zgodnym małżeństwem, choć ciężko jest mówić, o wielkim uczuciu. Poznaliśmy się na parapetówce u wspólnych znajomych, coś zaiskrzyło i zaczęliśmy się spotykać. Ona z zamożnej rodziny i choć po studiach, nie musiała martwić się o chwilowy brak pracy. Rodzice, przepisali na nią ogromny dom, który też w dużej mierze utrzymywali.
Moja sytuacja była inna. Na wszystko musiałem zarobić sam, ciężką pracą i masą wyrzeczeń. Moja mama, zmarła dawno temu a schorowanemu ojcu, raczej trzeba było pomóc, niż oczekiwać czegokolwiek.
Stosunki z teściami miałem poprawne, chyba tak bym to ujął. Mimo tego, że zawsze dawali mi odczuć, że śpię w łóżku przez nich kupionym, jem przy ich stole, jeżdżę autem za ich pieniądze.
Nie odzywałem się, bo Marta prosiła, żeby przymknąć oko na docinki. Tłumaczyła, że taki już mają charakter, że w gruncie rzeczy, nie chcą źle, że czasem wyolbrzymiam. Wiesz ile razy słyszałem, że ich córka zasługuje na kogoś lepszego. Albo, że nie mam ambicji, skoro od kilku lat w tej samej firmie i na tym samym stanowisku. Znosiłem to, bo ją kochałem, bo nie miałem prawa winić żony, za zachowanie jej rodziców.
Okres ciąży? Koszmar. Teściowa się do nas wprowadziła, krytykowała za wszystko. Aż wydelegowała mnie, do sąsiedniego pokoju.
– Tak Martusi będzie wygodniej.
Któregoś popołudnia usiadłem i zapytałem żony, czy tak już będzie wyglądało nasze życie? Ja, ona, dziecko i oni – wracający się do wszystkiego. Przyznała mi rację, że też jest coraz bardziej zmęczona ciągle napiętą sytuacją. I, że jak tylko urodzi, to powie im o tym.  Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że los miał dla nas inne plany. A to co nazywałem koszmarem, przez czepliwą teściową, było niczym w porównaniu do życia, po okrutnej diagnozie.
Do dziś choć minęło już tyle lat, z tamtej rozmowy z lekarzem, pamiętam urywki. Takie strzępki słów, bolesnych ciosów prosto w serce i głowę.
– Państwa syn ma mukowiscydozę.
To jedyne całe zdanie. Później już tylko – duszności, krwioplucia, żmudne, kosztowne leczenie, fizjoterapia, pobyty w szpitalu, przeszczep, liczne zabiegi.
Szymon miał prawie rok, zanim ustalono przyczynę nawracającego zapalenia płuc, uporczywego kaszlu i utraty wagi.
Pracowałem ponad siły, bo ciągłe badania pochłaniały wszystkie oszczędności. A ja jako głowa rodziny, nie chciałem być na okrągło zależny od rodziców żony. Ci w zamian, w ramach pomocy przy wiecznie chorym dziecku, wprowadzili się do nas oboje. Przychodziły momenty, że zastanawiałem się, kim ja właściwe jestem. Bo na bycie ojcem mi nie pozwalano.
– Nie bierz go na ręce, bo i tak źle to robisz. Nie dawaj mu jeść, bo on nie lubi gdy tak się trzyma butelkę z mlekiem. Nie bierz go na spacer, my i tak musimy coś załatwić, więc go zabieramy.
O tym, że to moja wina, że Szymek ma mukowiscydozę, teść wykrzyczał mi na środku szpitalnego korytarza.
– Ty się do niczego nie nadajesz! Bóg nam córkę pokarał takim mężem! Nawet zdrowego dziecka nie umiałeś zrobić!
Wiesz, że istnieją słowa, które zadają rany tak głębokie, że nie goją się już do końca życia?
Ja wiem.
Coraz bardziej zmęczona i przerażona Marta, tylko mnie prosiła.
– Piotrek odpuść. My sobie bez nich nie poradzimy finansowo. I przez pięć lat wspólnego piekiełka pod jednym dachem, syna widywałem sporadycznie. Bo gdy miał zaostrzenia, nie mogłem się zbliżyć, żeby go dodatkowo nie narażać bakteriami z zewnątrz. Gdy przebywał w szpitalu, opiekowały się nim na zmianę żona ze swoją matką. Przecież ja i tak nie umiałbym podać mu leków czy zrobić drenażu.
Nie wiem kiedy się poddałem. Uciekłem w pracę. A z czasem i w alkohol. Pozwalał mi na chwilę zapomnieć, że Szymuś cierpi tuż za ścianą. A ja choć tak blisko, nie mogę przy nim być.
Może nie wystarczająco walczyłem, nie umiałem się postawić i twardo określić granic.
Wyprowadziłem się nagle, po kolejnej awanturze. Tak, krzyczałem i byłem po kilku kieliszkach. I wtedy w progu pokoju, stanął mój syn. Miał wtedy 8 lat.
– Tato, dlaczego mnie nie kochasz? To przez to, że jestem chory, prawda?
Oparłem się o ścianę, milczałem, bo dławiła mnie gula w gardle.
Gdy pakowałem rzeczy, Marta nie prosiła żebym został. Mówiła, że tak będzie lepiej, że i tak mnie ciągle nie ma, że ona nawet nie wie, czy mnie jeszcze kocha.
I że mogę zadzwonić, gdy będę chciał zapytać o zdrowie naszego dziecka. I czasem też odwiedzić.
Wysyłałem co miesiąc większość wypłaty, żeby synowi niczego nie brakowało. Mi mogło, bo i tak było mi jakby wszystko jedno, czy mam co jeść, w co się ubrać. Kilka razy udało mi się porozmawiać z nim przez telefon. Za każdym razem czułem, że nie jest sam, że ktoś przy nim siedzi i kontroluje. Właściwie to nie wiem, przed czym teściowie go tak chronili. Byłem aż tak zły? Bo poniosłem największą karę. Przecież nie ma nic gorszego dla rodzica, jak utrata dziecka.
Dziecka, które przecież żyło.
Byłem w pracy gdy zadzwonił telefon. Biegłem do szpitala, potrącając po drodze ludzi. Przewracając się co chwilę.
I nie zdążyłem.
I tylko o to mam do nich żal. Że nie mogłem złapać Szymka za rękę, powiedzieć mu, żeby się nie bał, bo tata jest przy nim. I że to jego właśnie, najbardziej w życiu kochałem.
To historia o rodzinie, której nie było dane, być rodziną. To historia o relacjach, które zabrnęły za daleko.
Historia o miłości do chorego dziecka, która przyniosła więcej krzywd i cierpienia, niż sama mukowiscydoza. Historia o ojcu, którego z własnym dzieckiem nie rozdzieliła śmierć. Tylko drugi człowiek.
– Widziałeś się z żoną, po śmierci waszego syna?
– Tak. Spotkałem ją na cmentarzu. Przepraszała. I powiedziała, że gdy Szymon odchodził, pytał o mnie. Odpowiedziała mu, że już do niego biegnę. I że zawsze go kochałem.
Myślisz, że naprawdę tak mu powiedziała?
Wierzę, że tak.
Wysłuchała
Anika Zadylak
Imiona moich bohaterów zostały zmienione. 

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.