Przeszłość to tylko prolog

0

Miałam może dwanaście lat gdy tak naprawdę uświadomiłam sobie, że choruję na mukowiscydozę. Od tamtego czasu wszystko zmieniło się diametralnie. Mimo że byłam właściwie jeszcze dzieckiem, to dotarło do mnie wtedy, że dzieckiem nie będę już nigdy. Umierali moi znajomi. Niektórzy tuż za szpitalną ścianą. Za drzwiami izolatek, w których rozgrywało się piekło i waliły czyjeś nieba.

Te ciche dramaty. Nic nie znaczące dla wszechświata tragedie. Bezpretensjonalne koszmary. Dla najbliższych to były jakby apokalipsy. Dla świata tylko statystyki. I tak trudno było się wtedy z tym wszystkim pogodzić. Uporządkować. Zrozumieć. Zaakceptować.

Każdy powrót do domu był z jednej strony niebotycznym szczęściem, że się wróciło, a z drugiej cholernym poczuciem winy, jakimś dziwnym rozbiciem emocjonalnym.

Byłam dzieckiem. Widziałam, co się dzieje, ale niewiele z tego rozumiałam. W jeden dzień słyszałam muzykę i śmiech z izolatki kolegi, a kilkanaście dni później pod drzwiami jego pokoju widziałam białe róże i płaczących cichutko najbliższych w dyżurce pielęgniarskiej. Czasem pojawiał się też ksiądz. Dorośli pacjenci siedzieli wtedy w pokojach. Każdy na swój sposób starał się sobie z tym poradzić. Jakoś zrozumieć. Po swojemu pożegnać. I próbować żyć dalej. Dla młodszych, w tej ich błogiej nieświadomości koszmaru obok, dziwne było jedynie to, że pielęgniarka z kroplówką spóźniła się dwie godziny, przez co było więcej czasu na zabawę w chowanego. Tylko tyle zmieniło się w ich świecie. Dla kogoś innego ten świat po prostu runął. A gdy innym razem na oddziale zmarł jedenastoletni chłopak, napisałam w zeszycie, że Boga nie ma.

Dziś, w okresie Świąt Bożego Narodzenia, przychodzi mnóstwo retorycznych pytań. Niedopowiedzianych historii. Męczących refleksji. Życzeń, które mają nie spełnić się nigdy. Wątpliwości. Niepewności. Niedowierzania. I wspomnienia. Wracają do mnie tamte momenty. Twarze przyjaciół i dobrych znajomych. Słowa księdza z oddziału, który po swojemu uczył nas rozumieć. Cichuteńki płacz najbliższych. Białe róże. Łzy pielęgniarek. My wszyscy siedzący w świetlicy. Niespokojne noce. Bardziej niż zwykle spokojne dnie.

Zastanawiałam się dziś jaki wpływ na moje obecne dorosłe życie miała śmierć moich znajomych, którą nieraz doświadczałam w dzieciństwie. Czy spowodowała ona u mnie większą wrażliwość na tego typu sytuacje w teraźniejszości? A może większą znieczulicę? Zobojętnienie? I czy w ogóle te traumatyczne przeżycia w jakiś sposób oddziałują? Czy mnie zmieniły? Ukształtowały?  Mnie, mój światopogląd albo przekonania?

Żeby odpowiedzieć sobie na to pytania musiałam wrócić wspomnieniami do tego czasu, gdy Rabka kojarzyła się jedynie z ogromnym parkiem zabaw a zmieniane non stop wkłucia – z konkursami, komu tym razem dłużej wytrzyma. Wróciłam. I przypomniałam sobie te dni, kiedy nie patrzyłam pustym wzrokiem w przyszłość, której miało nie być. Kiedy nie musiałam z perspektywy końca patrzeć na to, co było dla mnie naprawdę ważne w życiu. Kiedy brak oddechu odczuwałam tylko wtedy, gdy uczyłam się nurkować w ogrodowym basenie. Kiedy życie nie wymuszało na mnie gry va banque.

Byłam wtedy dzieckiem beztroskim. Beztroskim dlatego, bo nie zdawałam sobie sprawy z koszmaru rabczańskich izolatek. Bo perspektywy na przyszłość objawiały się w dziecięcych marzeniach o rycerzu na białym koniu. Bo pielęgniarki były dla mnie dobrymi i zawsze mającymi czas ciociami, a nie kimś, kto pod presją robi resuscytację przywracając komuś życie. Bo wyjazdy do Rabki były oczywistym wyborem na spędzenie wakacji a nie szpitalem, w którym leczy się śmiertelnie chorych. Bo tak bardzo wierzyłam, że życie jest po prostu fair. Bo mój horyzont się nie zawężał.

Ta beztroskość minęła na zawsze z momentem, gdy dotarło do mnie okrucieństwo choroby. Gdy zmarł mój kolega. Potem koleżanka. Potem kolejna. I kolejna. I kolejna… A mój do tej pory prawie cukierkowy świat zrewolucjonizował się do świata pełnego przekory. W którym, na wiadomość o kolejnej bezsensownej śmierci, przeraża mnie moja niemoc. A noc zawsze staje się wtedy nieprzespanymi godzinami pełnymi wyrzutów i zarzutów do nie wiadomo kogo. I znowuż chce się wówczas napisać w zeszycie to, co kiedyś w Rabce..

Tak. To wszystko mnie zmieniło. Z dzieciaka pełnego obaw o niezdany sprawdzian z matematyki, życie zmieniło mnie w nastolatkę pełną obaw o przyszłość, o uciekające zbyt szybko perspektywy na cokolwiek, o życie kurczące się niemal jak płuca. O bezbolesną śmierć. Bo to, że będzie szybciej niż inne, było już jasne.

Dziś każda wiadomość, każdy esemes, każdy post na “fejsbuku” informujący o czyjejś przegranej walce boli tak samo jak śmierć kolegi, któremu na korytarzu w Rabce postawiono białe róże. Może nawet bardziej. Bo wiedząc, jak istotnie rozwinęła się od tamtej pory medycyna, przykre jest, że w Polsce nadal niemożliwe jest jej wyleczenie.

Nie. Nie zobojętniałam. Nie znieczuliłam się. Nie przywykłam. Może tylko trochę mniej się modlę.

 

Krzysztof Kościelski – Podzielmy się tym miastem

Pora podzielić to miasto
Żeby na siebie nie wpadać
A jeśli będzie nam ciasno
Pora nauczyć się skradać.

 

Pora patrzeć ukradkiem
Zza ciemnych okularów
Wpadać na siebie przypadkiem
Bez jakichkolwiek zamiarów.

Pora znajomych pytać
Czy wiedzą, co u nas słychać
Między wierszami czytać
Nocami wzdychać i zdychać.

Pora pamięć piastować
Ale tylko najgorszą
Ażeby nie zwariować
Czas temperować zaborczość.

Jednak najwyższa pora
Zasiać grobową ciszę
By – jeśli jedno zawoła
Drugie mogło usłyszeć.

 

 

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.