Prawdziwe anioły nie noszą skrzydeł…

0

“Przepraszam, tego się po prostu nie da powiedzieć…” *

Był upalny lipiec, kiedy przyjechałam tam z synem pierwszy raz. Wymęczona długą, ciężką podróżą, z cholernie ciężką torbą. Wypłoszona, zdenerwowana. Rabczański instytut wtedy, to kilka szarych, obdrapanych budynków, mnóstwo ludzi, chorzy, ich opiekunowie, lekarze i one. Pielęgniarki. Młody miał wtedy 6 lat, ja blade pojęcie o mukowiscydozie a w tego typu szpitalu, nie byliśmy nigdy. To były jeszcze te “piękne” czasy, gdy mój syn biegał, prawie się nie męczył, starczyły dwie inhalacje dziennie, nie wiedzieliśmy co to koncentrator tlenu, krwioplucia, strach i dławiąca rozpacz. To był czas, kiedy nie do końca wiedziałam, że na to znienawidzone gówno się umiera. A może raczej, nie chciałam tego wiedzieć.
Odsyłano nas ze skierowaniem od budynku do budynku, od drzwi do drzwi. Lekarz kierował nas na kolejne badania, panie z administracji nie bardzo wiedziały, gdzie nas zakwaterować, bo na oddziale docelowym chwilowo brakowało miejsc, inni rodzice, przekazywali między sobą przeróżne, czasem sprzeczne informacje. Mój niepokój rósł, jakbym podświadomie bała się tego, z czym za chwilę przyszło nam się zmierzyć.
– Mamusiu, dlaczego ten chłopiec jest taki chudy? I dlaczego jest przypięty do tej linki?
Weszliśmy do budynku numer trzy, gdzie na leczeniu, przebywała głównie mukowiscydoza. Minęło tyle lat, a ja nadal gdy to wspominam, gdy dziś o tym piszę, nie mogę przestać płakać. Stanęłam na środku korytarza, na moment chyba też przestałam oddychać. Ze szpitalnej sali wyszedł Adrian, był przygarbiony, miał sine z wysiłku usta a po podłodze, ciągnęła się za nim, długa rurka, podłączona do tlenu. Spojrzał mi prosto w oczy, jakby chciał powiedzieć – Nie martw się, tak czasem bywa, tak czasem to wygląda.

I wtedy, pierwszy raz poczułam na ramieniu, jej dotyk. Stała przede mną jedna z sióstr tam pracujących i od razu zgadła, że jesteśmy tu pierwszy raz. Że pierwszy raz też widzę, czym naprawdę jest ta choroba. Uśmiechnęła się z wyrozumieniem i uspokoiła, że wszystko nam pokaże, że wytłumaczy i że początki, zawsze takie są. Ciężkie i trudne, szczególnie dla matek takich jak ja. Młodych i jeszcze nieświadomych tego, z czym przyjdzie mi żyć. Zaprowadziła nas do pokoju zabiegowego, przedstawiła reszcie personelu, zadała kilka pytań. Patryk bardzo się bał, darł się wniebogłosy przy pobieraniu krwi, ja nie bardzo umiałam go uspokoić, bo moje oczy ciągle patrzyły przerażone na innych pacjentów. Kaszlących tak, jakby ktoś wyrywał im płuca, zasłaniających chusteczką usta, z których wydobywała się krew, z posiniaczonymi od kroplówek rękami, z trudem wchodzącymi po schodach. I wtedy usłyszałam od jednej z pielęgniarek – Nie bój się na zapas, na to jeszcze przyjdzie czas. To nie jest złe miejsce, zresztą sama się o tym przekonasz. To po prostu trochę inny świat od tego, który dotychczas znałaś. Nie gorszy, nawet nie taki straszny, na jaki wygląda. Musisz tylko nauczyć się z nami żyć. Pomożemy ci. I pomogły.

“Wybacz mi, tego nie da się tak po prostu opowiedzieć…” *

Mówi się, że w leczeniu każdej choroby, najważniejszy jest lekarz. I absolutnie, jest to prawdą. Jego wiedza i zaangażowanie, pozwala na postawienie trafnej diagnozy a co za tym idzie, odpowiedniego leczenia. Ale to na nich spoczywa jedna z największych odpowiedzialności. Na tych niezwykłych kobietach, które dostają do rąk kartę zleceń i muszą bardzo uważać, bo trzymają w tych dłoniach, czyjeś zdrowie i życie. To one czasem żmudnymi, bolesnymi dla obu stron godzinami, szukają odpowiedniej żyły, żeby założyć wenflon. To one rozdzielają miliony tabletek dla setek pacjentów, to one zmieniają często cuchnące opatrunki, to one pomagają się ubrać i umyć, czasem w bardzo krępujących sytuacjach. Muszą zachować zimną krew, być niewyobrażalnie cierpliwe i dokładne, bo każdy najmniejszy nawet błąd, może je wiele kosztować.

A na oddziale takim jak mukowiscydoza jest szczególnie ciężko. Nie tylko pod względem fizycznej, ogromnej pracy, jaką wykonują. Psychicznie jest czasem do dupy. Często jest do niczego. Powiedzmy sobie szczerze – prawie zawsze tak jest. Bo choć na szczęście zdarzają się historie z happy endem, zabawne dialogi, śmieszne zdarzenia, to więcej jest tych, z którymi ciężko sobie poradzić, o których nie sposób zapomnieć. Bo miejsce, które nie wiadomo kiedy staję się twoim drugim domem, tworzą ludzie i ich niełatwe historie. I smutne, straszne odejścia. Podróże bez powrotu, w których to one trzymając za rękę swoich podopiecznych, pomagają im przejść na tę drugą stronę lustra. Do świata, w którym już nic nie boli, w którym oddech nie sprawia już żadnego kłopotu. Do świata, z którego ich pacjenci, będą je obserwować, już tylko z perspektywy gwiazd. Bo nie sposób inaczej. To nie jest tylko trudna, wyczerpująca pod każdym względem praca, niejednokrotnie niewdzięczna i niedoceniana. Słabo opłacana, prawie w ogóle nie chwalona, nikomu nie wspominana. Te ciche bohaterki, tak bardzo potrzebne nam, rodzicom i naszym pociechom, są zbyt skromne, żeby się o to upomnieć. Poświęcają się naszym dzieciakom w całości, oddają im wszystko, zwłaszcza swoje fantastyczne, przepełnione troską i miłością serca. Miłością, do wydawałoby się obcych ludzi, którzy stają się nierzadko ich drugą rodziną. Wiem sama po sobie, że inaczej się nie da. Wracasz tam, na ten oddział, jak do siebie. Bo wiesz, że nikt nigdzie, nie zrozumie cię lepiej, nie obdarzy większą wyrozumiałością. Spotykasz te same twarze, płaczesz z tęsknoty, za tymi samymi ludźmi, których duchy, snują się wieczorami po pustych korytarzach wspomnień. I płaczesz razem z nimi.

Jak wtedy, kilka lat temu, gdy odszedł mój mąż. Miesiąc po jego śmierci, przywiozłam na leczenie dożylne mojego syna. Weszłam wolnym, zmęczonym od nieprzespanych nocy krokiem, na znajomy oddział. Stały we cztery, podeszły i przytuliły mnie w milczeniu, które przerywały cichutko spływające po policzkach łzy. Nic nie mówiły, nie musiały. Bo ja po prostu wiedziałam, że są, że czują podobnie jak ja, że nie zostawią mnie z tym samej. Moje anioły, te prawdziwe, które nie potrzebują skrzydeł, żeby nimi być.

“Mijają lata a ja was kocham, bo to wszystko co mogę powiedzieć…” *

Czego bym nie napisała, to wciąż będzie za mało, żeby wyrazić swoją wdzięczność, dla was. Za te wszystkie lata, kiedy przywożę tam syna i zostawiam pod waszą opieką. Bo sama muszę wracać, bo córka w domu, bo praca, bo trzeba zapłacić rachunki, zarobić na chleb. I nie boję się. Bo mało komu w życiu ufałam tak, jak wam, obserwując przez długie lata, wasze poświęcenie, troskę, waszą pracę. Dziękuję, za szczere, nocne rozmowy. Za otuchę, która często pozwalała mi nie oszaleć ze strachu, za cenne rady i wskazówki i za okazane serce. Za solidny op…rdol, gdy zdarzały mi się okresy załamania i utraty wiary. Za zwykły uśmiech i najszczersze na świecie łzy. Za włożony trud, za wasze uparte, silne charaktery, za niesamowite, wręcz zadziwiające poczucie humoru. Za brak zwątpienia, za wskazanie odpowiedniej drogi, za ciepło i zrozumienie. Dziękuje wam za to, że mój syn, za każdym razem, gdy pakuje szpitalną torbę, powtarza z uśmiechem, żebym się nie martwiła. Bo czekają tam na niego, jego ulubione drugie matki. Tak, to o was. I myślę, że nie tylko on tak myśli. Bo zasługujecie na to, jak nikt inny. Każdą swoją postawą, każdym dniem pracy zawodowej, jakże trudnej i pięknej zarazem.
Bo mimo wszystko wspaniałe kobiety, chyba fajnie być aniołem.

Tekst powstał w hołdzie i w szczególności, dla cudownych pielęgniarek rabczańskiego oddziału mukowiscydozy. Dla sióstr:
Wiery, Tosi, Marty, Bogusi, Marzeny, Bożenki, Ewy, Krysi, Janiny i wszystkich tych, których nie wymieniłam ale nigdy nie przestanę być wdzięczna.

Cytaty oznaczone gwiazdką, pochodzą z utworu Tracy Chapman pt. ” Baby I Cant I Hold You” który nieodzownie kojarzy mi się ze wspomnianą już siostrą Wierą. Kilka lat temu, siedziałam przygnębiona na korytarzu, w radiu leciała ta właśnie piosenka. Wiera akurat przechodziła, zatrzymała się i powiedziała – No, nie maż się już dziewczyno, bo jesteś silniejsza niż ci się wydaję.
I za to też ci dziękuję, bo to prawda. Jestem.

Anika Zadylak
Portal Oddech Życia

 

Kochani! Pomóżcie! Każda wpłata, 5, 10, 20 zł pomoże w zakupie masek na twarz, środków do dezynfekcji dla personelu…

Gepostet von Krakowski Portal – Kobieta w Krakowie am Dienstag, 7. April 2020

 

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.