Z szacunku do cierpienia …

2

Weszłam do pokoju, bo zaniepokoiła mnie cisza. Nie słyszałam koncentratora tlenu, nie chodził inhalator, a o tej godzinie Marek zawsze był już w trakcie codziennych zabiegów. Wyglądał jakby spał. Przerażająca ulga na jego twarzy, brak reakcji na moje coraz głośniejsze wołanie. Sekunda po sekundzie coraz bardziej docierała do mnie świadomość, że mój syn, jest już po drugiej stronie, że mukowiscydoza zebrała najokrutniejsze żniwo. Dopiero po chwili, zobaczyłam puste opakowania po lekach nasennych i list. I wtedy zrozumiałam, co miał na myśli, gdy w chwilach najgorszych stanów powtarzał, że któregoś dnia, to choroba przegra z nim. Że to on zdecyduje, kiedy wybierze się w tę ostatnią podróż. Kiedy przestanie być niewolnikiem, udręczonym brakiem siły na oddech, bólem i poczuciem przegranej. – Urodziłaś zarazę mamuś, bo jestem jak wirus, który zatruł życie też tobie. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak mówił, bo był dla mnie wszystkim. Dziś już nie oceniam jego strasznej decyzji. Boli mnie tylko, że żyjemy w kraju, w którym tacy jak mój syn, są pozostawieni sami. Aż do dnia, w którym zmęczeni mukowiscydozą, postanawiają sami sobie odebrać to, co najcenniejsze. To, o co walczyli przez lata. Życie.

MAREK

Możesz sobie o mnie myśleć co chcesz, ci którzy kiedyś przeczytają ten tekst również. To moje życie a raczej nieustająca męczarnia więc i moja decyzja, czy chce tu zostać i czekać na cud, czy odejść. Mam 26 lat. 26 lat życia w strachu, cierpieniu, ograniczeniach, absurdalnych wyborach przy zakupie leków, bo na wszystko nie starcza. Urodziłem się i wychowywałem na wsi. Mała społeczność, bieda, brak perspektyw. Rodzice robili co mogli i tylko ich, cały czas mi żal. Poświęcili dla mnie wszystko, choć i tak niewiele mieli. Kawałek ziemi, koń, kilka kur, stary, rozpadający się dom. Zapomogi z pomocy społecznej, ciągłe łatanie dziur. Troje zdrowego rodzeństwa, które trzeba ubrać, nakarmić, posłać do szkoły. Ojciec pracujący dniami i nocami, ponad siły. I przygarbiona mamcia, która dwoiła się i troiła, żeby było co do garnka włożyć, żebyśmy w podartych butach nie chodzili. I ja, ciągle chory, ciągle potrzebujący więcej lekarstw, sprzętu, wyjazdów do szpitala, które dodatkowo obciążały skromny budżet finansowy. Gdzie pójdziesz, komu powiesz? Starali się o pomoc, o wsparcie ale jak żyjesz na takiej wsi, trochę odcięty od cywilizacji, jest ciężej. Jest strasznie. Ty wiesz, że ja nigdy w kinie nie byłem? Niby to takie głupie, takie nieistotne i tak ciężkie do zrozumienia, żeby w dwudziestym pierwszym wieku, marzyć o zwykłym pójściu do kina.Gdy byłem mały i jeszcze trochę tej swojej choroby nie rozumiałem, to marzyłem. A nawet byłem pewien, że mam plany na przyszłość. To był czas, kiedy moje płuca jeszcze były dla mnie łaskawe. Pozwalały na to, żebym samodzielnie się mył, ubierał, dojeżdżał autobusem do sąsiedniej większej wioski, bo tam była szkoła. I inne dzieci, wcale nie bogatsze ale zdrowe. W czwartej klasie, zrozumiałem, że ja raczej swoich planów nie zrealizuje. To było na przerwie, po lekcji biologii. W ganianego się bawiliśmy, na boisku i była moja kolej, na przybicie komuś berka. Zasłabłem, dostałem duszności, zrobiłem się siny. Pani pielęgniarka w gabinecie, do którego mnie zanieśli, powiedziała – Tak mi ciebie żal dzieciaku, łatwego życia nie masz a jeszcze zżera cię to choróbsko. I wtedy przypomniało mi się, jak nauczycielka pół godziny wcześniej na lekcji, opowiadając o największych zarazach, które dziesiątkowały ludzkość, powiedziała, że zjadały one ludzi. – Mnie też to w końcu pochłonie, kawałek po kawałku, oddech po oddechu, aż mnie udusi.

O eutanazji, przeczytałem w gazecie, którą nawet nie wiem kto, przyniósł do domu. Byłem już wtedy przywiązany do rurki z tlenem, rzadko wstawałem, mama pomagała mi przy najprostszych czynnościach. Masz pojęcie, jak bardzo można zmęczyć się przy myciu zębów? Do tego stopnia, że zalewają cię poty, oczy wychodzą ci na wierzch z wysiłku, ręce odmawiają posłuszeństwa. Myślisz sobie wtedy, Boże coś ty narobił? Po co pozwoliłeś mi przyjść na ten świat, żeby się napawać widokiem mojej gehenny? Mówisz, że każdy ma swój krzyż a potem dajesz mi tak ciężki, że choć bardzo się staram, nie potrafię go udźwignąć. Później sam siebie za takie myślenie rugałem, bo ani Bóg ani nikt nie był temu winien. Życie już takie jest, składa się ze wschodów i zachodów słońca, ze szczęścia i rozpaczy, ze zdrowia i choroby. W tym artykule, jakiś profesor tłumaczył, że według niego, eutanazja jest okazaniem głębokiego szacunku najbardziej cierpiącym. Tym, którzy pomimo wszelkich prób walki z chorobą, zastosowanego leczenia, wykorzystaniu wszystkich metod, nie mają już zwyczajnie sił. Nie widzą już nadziei, nie chcą się dłużej męczyć. Dręczyć siebie i swoich bliskich. Wiesz ile razy nienawidziłem siebie, słysząc jak za ścianą, mamcia dławi się własnymi łzami a ojciec jak mantrę powtarza, kiedy to się skończy, ten koszmar, ta męczarnia dla Mareczka. A przecież ich też wykańczała najgorsza zmora – bezsilność. Kiedy kochasz z całych sił i nic nie możesz zrobić, tylko patrzeć, jak twoje dziecko, znika dzień po dniu, targane krwotokami, biegunkami, bólami brzucha, jak sinymi ustami, prosi o łyk wody, bo nie potrafi już nawet udźwignąć szklanki. Chciałabyś tak żyć? Nie odpowiadaj, bo nie wiesz. Na szczęście tego nie wiesz. Bo to nie ty, każdej nocy przed zaśnięciem, resztkami sił, błagasz o choć chwilę wytchnienia. O kawałek snu, którego nie przerywa dręczący kaszel, ból mięśni i ten wciąż trzymający cię za gardło, przerażający strach. Lęk, którego nie da się opisać. To moje życie, ja wiem najlepiej ile walki w nie włożyłem, wyrzeczeń, prób, jak się starałem, wierzyłem, ile mnie to wysiłku kosztowało. Patrzę nieraz na swoje wychudzone, stargane mukowiscydozą, posiniaczone od kroplówek ciało i myślę, że wystarczy. Że już po prostu nie chcę, że mam do tego prawo. I nie mów mi, że tak nie wolno, bo to Bóg mi to istnienie dał i tylko on decyduje, kiedy nastąpi jego kres. To nie on dusi się od tylu lat, to nie on robi pod siebie, nie on krztusi się własną flegmą. Nie chce, mam już dość, chce odejść, odpocząć, dać żyć spokojniej moim rodzicom i rodzeństwu. Potępisz mnie za to? Wiem, że trzeba wierzyć i nie poddawać się do końca. Ja walczyłem wystarczająco długo, czy to tak wiele, uszanować fakt, że chce umrzeć? Nie jestem już bezmyślnym dzieckiem, które ma chwilowe załamanie. Jestem pewny tego, że nie przegrałem. Chciałbym żyć w którymś z tych krajów, gdzie mam prawo powiedzieć dość i zakończyć moją wędrówkę.

Podczas tej rozmowy, zadałam mu tylko jedno pytanie – Polska to kraj, gdzie eutanazja nie jest możliwa. Czy jest więc wyjście z twojej sytuacji?
– Wiesz – usłyszałam – śmierć potrafi odnaleźć takich jak ja.

Kiedy zabrali ciało Marka, usiadłam w jego pustym już pokoju. Otworzyłam kopertę, wyjęłam list, który zostawił.
– Tak będzie lepiej dla nas wszystkich. Kiedyś to zrozumiesz mamuś. I nie martw się zbyt długo, ja tak bardzo tego chciałem. Jestem już wolny, już nic mnie nie męczy. Minie kilkanaście zim, kilkanaście wiosen, wprawi cię w zachwyt i znowu będziemy razem. Będę tam na was czekał, bo z Panem Bogiem wszystko sobie wyjaśniłem. On się nie gniewa na takich jak ja. Ty też się nie gniewaj…

Wysłuchała Anika Zadylak

  1. Piotr mówi

    Dlaczego Pani jeszcze nie napisała książki? Pani się nie czyta tylko chłonie… Dawno nie spotkałem się z takim talentem! Pozdrawiam serdecznie i czekam na więcej.

  2. Piotr mówi

    P.S Przeczytałem Pani teksty jednym tchem, znalazłem też w internecie inne. Sam jestem dziennikarzem i zastanawiam się dlaczego nie zdecydowała się pani na wydanie książki. Proszę nad tym pomyśleć, taki talent nie powinien się marnować! Pozdrawiam

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.