Strach tnie głębiej niż miecze

1

– Czego właściwie się boisz?
– Nie wiem, ale chyba tego, że coś może mi się stać.
– Ale co może Ci się stać?
– Nie wiem. Coś.
– Czy ten lęk jest zawsze?
– Zazwyczaj wtedy, jak jestem poza domem, albo jak jestem całkiem sama.
– I gdzie ten lęk się znajduje?
– Chyba we mnie. Gdzieś w środku.
– I co wtedy czujesz? Czym on się objawia?
– Czuję, jakbym zaraz miała stracić przytomność albo zemdleć. Kręci mi się w głowie, robi mi się słabo, strasznie szybko bije mi wtedy serce i robi mi się gorąco.
– A zemdlałaś kiedyś w trakcie takiego napadu?
– Nigdy.
– Masz jakieś konkretne powody, aby się bać?
– Właściwie to nie.
– Od kiedy tak się dzieje?
– Od dwóch lat.
– A co było dwa lata temu?
– Miałam przeszczep płuc.

 

Do psychoterapeutki zapisałam się po tym, gdy pewnego dnia wieczorem bałam się wejść pod prysznic ze strachu, że zemdleję i nikt nie będzie w stanie mi pomóc. To był taki punkt zwrotny. Moment, kiedy mój strach osiągnął swoje apogeum. Kiedy dotarło do mnie, że to już za wiele.

Takie dziwne napady lęków zaczęły się mniej więcej pół roku po przeszczepie płuc i zaczynały być już wykańczające. Wtedy właśnie postanowiłam , że muszę coś z tym zrobić, bo tak się nie da żyć, tym bardziej że przecież miałam tyle do robienia, tyle zajęć i obowiązków, praktyki, radio, audycje, różnego rodzaju spotkania, wykłady, wolontariat i zadania, których nie byłam w stanie wykonywać na 100%. Najgorsze było to, że właściwie nie wiedziałam dlaczego się boję. Okropnie mnie to wszystko męczyło, bo nie mogłam żyć w pełni. Ten strach przed nieznanym blokował właściwie wszystko, za co się zabierałam. Blokował mnie i moje marzenia. A tego znieść nie mogłam. Wiedziałam, że jeżeli mu się poddam, to może dojść do tego, że za niedługo w ogóle przestanę wychodzić z domu. Dlatego starałam się robić wszystko normalnie, a właściwie to nawet więcej niż byłam w stanie. Wszystko po to, aby jakoś ten lęk przezwyciężyć. Ale nie wychodziło. Było coraz gorzej.

Najgorsze były wykłady i ćwiczenia na uczelni. Trudno było mi wytrzymać półtorej godziny zajęć. Robiło mi się słabo, gorąco, serce waliło jak oszalałe, a ja całkowicie wyłączałam się z wykładów, myśląc o tym, że zaraz naprawdę zesłabnę. Tak samo było, gdy gdziekolwiek wychodziłam. Bałam się chodzić sama po galerii, bałam się przechodzić na pasach, bałam się, gdy siedziałam ze znajomymi w kawiarni albo gdy czekałam w kolejce do fryzjera. Bałam się, gdy wychodziłam sama na spacer, gdy stałam na przystanku autobusowym, gdy oglądałam film w kinie. I właściwie nie wiedziałam dlaczego. Po prostu czułam się tak dziwnie spięta i tak obco. Byłam zdenerwowana, zdezorientowana i kompletnie nie wiedziałam co jest grane. Nie wiedziałam czego się boję, ale wiedziałam, że się boję. Że coś jest nie w porządku.

Strachu nie czułam gdy byłam u siebie w domu, albo w akademiku, gdy otaczałam się znajomymi przedmiotami, gdy wiedziałam, że dzisiaj nie muszę nigdzie wychodzić i że wszystko dzieje się zgodnie z moim planem dnia. Ale wystarczyło, że wypadło mi coś niespodziewanego, jakieś nagłe wyjście czy spotkanie, to momentalnie pojawiał się lęk.

Na początku, gdy jeszcze nie dawał się tak bardzo we znaki to starałam się go zwalczać sama. Starałam się na niego nie reagować, skupiać myśli na czymś innym, wmawiać sobie, że przecież nic mi się nie stanie, że jest dobrze.  Potem postanowiłam, że skoro nie daję rady go zwalczyć ani wyrzucić z mojej głowy, to postaram się z nim jakoś żyć, przyzwyczaić do niego. Ale to nic nie dawało. Byłam uwięziona sama w sobie.

Starałam się w czasie tych napadów przypominać sobie taką jedną noc  sprzed przeszczepu, kiedy naprawdę miałam się czego bać i kiedy to, czego się bałam, było takie realne. I przerażające.

To było mniej więcej trzy tygodnie przed transplantacją. Byłam wtedy w szpitalu w Przemyślu. Trafiłam tam z ogromnymi dusznościami, totalnie wyczerpana już tym wszystkim. Nie byłam w stanie odłączyć się od respiratora. Nie byłam w stanie wstać z łóżka. Nocami nie miałam siły nawet płakać. Nie myślałam już o niczym, bo przecież niczego już miało nie być.

W domu, jeszcze dzień przed tym szpitalem, starałam się jakoś trzymać, walczyć. Chociaż mimo tlenu, mimo respiratora miałam dosłownie czarno przed oczami, a oddech był taki płytki i każdy wdech tak bardzo bolał. Nigdy wcześniej nie czułam się tak okropnie. Nigdy wcześniej nie czułam, że śmierć jest tak blisko.  Patrzyłam na moich rodziców i myślałam, że przecież nie mogę im tego zrobić. Nie mogę ich zostawić. Starałam się być silna. Już nie dla siebie. Dla Nich.

Ale wtedy podczas tej nocy w szpitalu, odpuściłam. I czekałam tylko na jedno. Bo zwyczajnie nie miałam już sił.

Mama spała na materacu obok. Chciałam wtedy powiedzieć, że ja już nie daje rady. Żeby zadzwoniła po tatę i siostrę. Ale nie mogłam wydobyć z siebie żadnego głosu. Starałam się mówić, ale miałam tak bardzo ściśniętą klatkę i gardło, że nie mogłam. Nie wiedziałam, czy mama śpi, czy nie, bo widziałam wszystko jak przez mgłę. Chciałam się poruszyć, odwrócić na bok, żeby usłyszała i się obudziła. Ale zdałam sobie sprawę, że nie czuję kompletnie swojego ciała. Praktycznie nie oddychałam. Respirator wtłaczał we mnie powietrze, którym ja po prostu się dławiłam. Leżałam tak tylko i myślałam o tym, że chyba tak właśnie wygląda śmierć. Poddałam się. Byłam taka dziwnie lekka, taka wiotka. Jak po podaniu jakiegoś środka usypiającego. Z jednej strony chciałam, żeby to się już skończyło, a z drugiej starałam się łapać kolejne oddechy.

Zaczęłam się modlić. Po cichutku. Ja, która myślałam wtedy, że Boga nie ma.

Mówiłam Mu, że chciałabym pożyć jeszcze trochę. Zrobić coś fajnego, zwiedzić, zobaczyć, poznać, zakochać się. Krzyczałam w duchu do Niego, że do cholery mam 20 lat i nie chcę odchodzić w takim wieku, kiedy właściwie całe życie powinno być jeszcze przede mną. Ale nie słuchał. Było coraz gorzej. Coraz bardziej się dusiłam, jakby mi ktoś przyłożył poduszkę do twarzy. Bolał każdy maleńki wdech.

Miałam już dość. Nie bałam się. Chciałam jeszcze tylko zobaczyć tatę i siostry. Ścisnąć za rękę. I jestem pewna, że gdyby wtedy przyjechali, odpuściłabym. Ale ich nie było, a ja nie wyobrażałam sobie, abym mogła odejść tak po prostu. Tylko dlatego dotrwałam do rana. Żeby się pożegnać. A rano było odrobinkę lepiej. Jeszcze w ten sam dzień zostałam przewieziona do Rabki i z czasem, powolutku dochodziłam do siebie.

To właśnie był prawdziwy, uzasadniony strach. To wtedy tak naprawdę mogło stać się coś strasznego. To wtedy miałam prawo się bać naprawdę. A nie teraz, kiedy nie muszę się już martwić o to, czy mam odpowiednią ilość tlenu w butlach, o to, czy duszności nie złapią mnie w momencie gdy będę pod prysznicem i nie będę w stanie sama spod niego wyjść, o to, czy będę miała siłę wrócić do akademika z zajęć. Tylko że takie myślenie, takie uspokajanie się i przypominanie sobie tamtej nocy nie pomagało kompletnie nic. Było coraz gorzej i kompletnie nie wiedziałam, co mam robić. A to wszystko totalnie mnie już męczyło i okropnie przeszkadzało.

Długo zastanawiałam się nad pójściem do psychoterapeutki. Ale doszłam do wniosku, że jeśli tego nie zrobię, to mogę zniszczyć sobie to życie, które dostałam. Ociągałam się kilka miesięcy, ciągle mając nadzieję, że samo przejdzie. Nie przechodziło. Ostatecznie namówiła mnie moja siostra. Zapisałam się do pewnej Pani, którą znalazłam w Internecie. Przeczytałam o niej wszystko, co możliwe. Wydawała się być bardzo miła i kompetentna. Kilka miesięcy temu, w marcu, zapisałam się na pierwszą wizytę.

Zaskoczyła mnie przyjemna atmosfera w gabinecie i nastawienie pani psycholog. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie, na dwóch miękkich fotelach, pomiędzy którymi stał stolik a na nim wazon ze świeżymi, pięknymi kwiatami a wokół pachnące świece. Całość pokoju, bo w sumie trudno było go nazwać gabinetem, przystrojona była w jasne, pastelowe kolory.

Pani psycholog zaczęła od podstawowych informacji. Pytała o to czym się zajmuję, gdzie mieszkam, co lubię robić i czym się interesuję. Potem zaczęłyśmy rozmawiać o tym, z czym do niej przyszłam. Zadawała naprawdę dziwne pytania, ale starałam się odpowiadać najlepiej jak potrafiłam i przede wszystkim szczerze, bo bardzo chciałam, aby mi pomogła. Aby ta wizyta nie poszła na marne. Powiedziałam jej o wszystkim, co mnie nurtuje, wywaliłam jej na ten piękny stolik wszystkie moje lęki i obawy. A potem rozpłakałam się i pomyślałam, że to przecież wszystko na nic. Że jakaś obca kobieta, która widzi mnie dopiero od pół godziny, nie może mi pomóc. Byłam z jednej strony załamana, a z drugiej bardzo zdesperowana i zdeterminowana. Gdy już mnie wysłuchała, powiedziała, że to, co przeżywam, to jest lęk przed lękiem. I że jest on spowodowany tym wszystkim przez co przeszłam. Tymi wszystkimi latami niepewności, strachu, obawami o swoje życie. Że teraz, dwa lata po przeszczepie te wszystkie negatywne emocje dopiero ze mnie wychodzą. Ten lęk także. I że przez ten cały czas on był jakby schowany gdzieś pod grubą warstwą tego, co ja wtedy uznawałam za ważniejsze od lęku. Czyli pod ogromną chęcią przeżycia, pod walecznością, pod tym co było dla mnie wtedy ważniejsze od strachu, którego do siebie nie dopuszczałam i o którym nie myślałam bo moim priorytetem było przetrwanie, a nie strach. Tak więc ten strach wychodzi dopiero teraz, kiedy mogę sobie na niego pozwolić.

Nie wiem czy miała rację, nie wiem czy to wszystko co mi powiedziała, rzeczywiście jest prawdą. Być może tak. Może to prawda, że największy strach i obawy pojawiają się wtedy, kiedy właściwie jest dobrze, a my boimy się właśnie tego, żeby to się nie popsuło? Być może w moim przypadku jest tak samo? Ostatecznie jednak stwierdziła, że psychoterapia nie pomoże mi za wiele, bo to siedzi za głęboko we mnie. Że do tego, abym z tego wyszła, potrzebne jest leczenie farmakologiczne. Powiedziałam jej, że przecież od czasu przeszczepu zażywam antydepresanty, ale stwierdziła, że tu potrzebne są leki przeciwlękowe. Poleciła mi więc dobrego psychiatrę i życzyła powodzenia.

Nie wiem czy dobrze zrobiłam, odpuszczając te sesje u psychologa. Być może powinnam znaleźć kogoś innego. Kogoś, kto jednak będzie chciał naprawdę mi pomóc. Ale ja już zwyczajnie nie miałam sił, tym bardziej, że przecież wiedziałam, że jedno czy dwa spotkania nie wystarczą, tylko aby wreszcie było dobrze, potrzeba długiego czasu. A ja tego czasu nie miałam. Dlatego zapisałam się do psychiatry. Po prawie dwóch miesiącach czekania, podczas których na przemian wątpiłam w sens tej wizyty i odzyskiwałam wiarę , że może jednak  tym razem się uda, poszłam na spotkanie. Znowu opowiedziałam wszystko od początku, a lekarz, bez większego zastanawiania przepisał mi odpowiednie leki. Najpierw upewnił się, czy mogę takie zażywać i dobrał odpowiednią dawkę. Już na drugi dzień rano zażyłam pierwszą tabletkę i poszłam na zajęcia kompletnie nie przypuszczając, co może dziać się po pierwszej dawce i jak organizm może na nią zareagować. Pamiętam, że miałam wtedy zajęcia od 9:30 do 20. Na pierwszych ćwiczeniach dosłownie zasypiałam, kręciło mi się w głowie, nie potrafiłam się wysłowić, nie mogłam ustać na nogach i chciałam jedynie wrócić do swojego łózka.  Czułam się, jakbym nie była sobą. Po kilku godzinach to wszystko odpuściło i wtedy zorientowałam się, że jestem jakby całkowicie wyzuta z emocji. Niczym się nie przejmowałam. W ten dzień mieliśmy dłuższe okienko między zajęciami, więc poszłyśmy coś zjeść do galerii. I to był pierwszy raz od dwóch lat, kiedy spacerowałam po niej kompletnie nie bojąc się tego, że coś się stanie. Niczym się nie przejmowałam i miałam wszystko gdzieś. Dosłownie. Moje koleżanki powiedziały mi wtedy, że nie widzą, aby trzęsły mi się ręce. A przecież zawsze tak było. Z nerwów. Wróciłyśmy na zajęcia i przesiedziałam tam do 20, od dawna nie czując się tak dobrze.

To nie są tabletki antydepresyjne, to nie są tabletki ,,szczęścia’’. One nie sprawiają, że świat dookoła nagle wydaje się piękniejszy, a ty jesteś po prostu w siódmym niebie. Te tabletki sprawiają jedynie, że mija lęk, że się nie boisz, bo jesteś jakby wyzuta z emocji. Ale mi to wystarczało. W 100%. Bo wreszcie było dobrze. Wreszcie było tak, jak chciałam.

Jasne, wiem, że to tylko tabletki. Że gdybym je odstawiła, to to wszystko znowu by wróciło. Nie jestem dumna z tego, że nie potrafiłam poradzić sobie sama. Ale jestem dumna z tego, że w ogóle odważyłam się zrobić jakiś krok.

Bo życie w ciągłym strachu jest okropne. Właściwie to nie jest prawdziwe życie. Prawdziwie życie dzieje się teraz. Kiedy mogę wyjść na spotkanie, nawet go nie planując. Kiedy mogę siedzieć na zajęciach godzinami. Kiedy nie denerwuję się jeżdżąc pociągami do domu na weekendy. Kiedy stoję w kolejce do kasy. Kiedy bawię się na imprezie. Bo ten strach potrafił niszczyć nawet takie banalne, codzienne czynności.

Wiem, że wiele osób po przeszczepie zmaga się z podobnymi problemami. Wiem, że przychodzi depresja, lęki, obawy, choć mogłoby się wydawać, że teraz powinno być lepiej. Ale transplantacja to takie ogromne emocje, czasem negatywne, a jednocześnie taka ulga, że czasem już nie wiadomo, czego w nas jest więcej. I to wszystko się kumuluje w taki sposób, że trudno oddzielić jedno od drugiego. A przecież trzeba żyć. Najpiękniej jak się da. Nawet z tym całym, ciężkim bagażem. I krok po kroczku zrzucać go z siebie, uwalniać się. I niech sposobem na to nie będą leki. Leki to ostateczność. Bo one problemu nie rozwiążą tak na 100%. One go jedynie przyćmią i przyniosą wiele innych skutków ubocznych.

Strach przed wszystkim, to takie powolne umieranie. Bo wtedy człowiek nie może robić tego, co kocha. Nie może się spełniać. Nawet marzyć się boi.

Przypominając sobie tamtą noc, trzy tygodnie przed przeszczepem, wiem, że żaden strach, żaden lęk, żadna obawa nie może równać się z tamtym. Ze strachem o życie.

 

Powoli umiera ten, kto nie podróżuje, ten, kto nie czyta, ten, kto nie słucha muzyki, ten, kto nie obserwuje. Powoli umiera ten, kto niszczy miłość własną, ten, kto znikąd nie chce przyjąć pomocy. Powoli umiera ten, kto staje się niewolnikiem przyzwyczajenia, ten, kto odtwarza codziennie te same ścieżki, ten, kto nigdy nie zmienia punktów odniesienia, ten, kto nigdy nie zmienia koloru swojego ubioru, ten, kto nigdy nie porozmawia z nieznajomym. Powoli umiera ten, kto unika pasji i wiru emocji, które przywracają oczom blask i serca naprawiają. Powoli umiera ten, kto nie opuszcza swojego przylądka, gdy jest nieszczęśliwy w miłości lub w pracy, ten, kto nie podejmuje ryzyka spełniania swoich marzeń, ten, kto choć raz w życiu nie odłożył na bok racjonalności.

Pablo Neruda z książki Poezje wybrane.

 

 

  1. Aga mówi

    Poruszający tekst. Sama zaczęłam się zastanawiać czy nie potrzebuję takiej pomocnej dłoni…

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.