O dwojgu takich co ukradli czas

0

On.

Jak się jest chorym na mukowiscydozę, to się o miłości myśli na końcu. Albo wcale. Albo się tylko marzy. Bo kto normalny chciałby się związać z kimś takim jak ja, myślałem. Chudy, ciągle chory, bez sił i perspektyw na tak zwaną przyszłość. Bo moja przyszłość prowadziła do czarnej ziemi, grudami obficie sypanej na trumnę. Może dlatego unikałem, może dlatego nie zauważałem. Może dlatego raczej wątpiłem niż wierzyłem, że coś dobrego mi się w tym moim życiu jeszcze może przydarzyć. Jeździłem do szpitala nie licząc już na nic. Trochę już pogodzony z tym moim nędznym losem, trochę obojętny na uśmiechy i zaczepki. Nie warto myślałem, bo jak tylko zacznę pluć krwią to i tak każda ucieknie. Sam bym pewnie uciekł i raczej sobie głowy nie zawracał. A co dopiero serca. Zresztą, nie umiałbym kogoś z premedytacją wciągnąć w bagno. Obiecywać wspólne dni, skoro nigdy nie wiem, ile mi jeszcze ich zostało. Ale jak to mówiła moja babcia – na to nie ma silnych. To przychodzi samo, nie proszone, nie spodziewane, silne tak bardzo, że cała reszta idzie w niepamięć. W łeb biorą plany o dozgonnej samotności. Jak wtedy w czerwcu, gdy z hukiem otworzyły się drzwi do sali, na której leżałem. Stanęła w drzwiach, bezczelnie uśmiechnięta, w różowych trampkach i bałaganem na głowie. I z tekstem – Co taka cisza. Przecież jeszcze nikt nie umarł. I wtedy pierwszy raz pomyślałem, że chyba mi się nie tylko na płuca, ale też na głowę rzuciło. Bo widzę tę laskę pierwszy raz w życiu a przez myśl mi przeszła absurdalna myśl. Że się w niej zakocham. Że chyba już się zakochałem. A potem… A potem blisko trzy lata nie mogłem uwierzyć, że ją miałem. Że była matką naszych dzieci, moją najlepszą żoną, przyjaciółką, kumpelą i wariatką tak pełną optymizmu, że zaraziła mnie życiem. A przecież ja miałem w planach umierać.

Ona.

We wszystkie baśnie tego świata jestem w stanie uwierzyć, ale nie w to, że jest jakaś tam miłość. Życie dało mi tak po dupie i ciągle mu było mało, że akurat związek to ostatnie o czym byłabym w stanie pomyśleć. Ciężki rozwód, sądowy zakaz zbliżania się do mnie i dzieci. Długie godziny spędzone na terapiach i u psychiatrów. Bo szanownemu panu się życie ze sparingiem pomyliło a ja kobieta – z workiem treningowym. Miesiące uczenia się na nowo, jak wchodzić między wrony i nie krakać tak jak one. Jak przestać się bać własnego cienia. Jak na nowo widzieć w sobie człowieka a nie pozostałości po nim. Jak na zgliszczach postawić dom, w którym znowu poczuje, że bezpieczeństwo jest możliwe. Że już nie muszę uciekać, kłamać, ukrywać siniaków pod zbyt długimi rękawami. Mam dzieci myślałam – miłość bezwarunkową i absolutną. Nie trzeba mi nic więcej. Zresztą, kto by tam pokochał taki strzępek nerwów, który ze strachu przed zbyt gwałtownie podniesioną ręką potrafił się posikać. Nie chcę. Nie potrzebuję. Już miałam miłość, która się o mało nie skończyła śmiercią. Nie wierzę już w uniesienia, motyle w brzuchu. Moje, jeśli kiedyś tam były pewnie dawno zdechły.

I wtedy stanęłam w drzwiach, poszłam się z kumplem przywitać a on dzielił tam pokój z takim kolesiem. I mnie zatkało. Choć w ogóle nie dałam tego po sobie poznać. Udawałam zdrowo rozsądkową, stąpającą twardo po ziemi, kobietę po przejściach. Ale ten jego zawadiacki uśmieszek, to spojrzenie spod tych rzęs gęstych jak firany w pokoju ciotki Eleonory. I gitara. I stoję tak i myślę, k…rwa to się nie dzieje naprawdę. Czuję coś czego nie rozumiem. No zakochałam się w chłopie co go pierwszy raz na oczy widzę. Dobrze, że on moich myśli nie słyszy, bo pomyślałby, że szpitale pomyliłam. Pulmonologie z psychiatrykiem. A potem… Potem przez prawie trzy lata nie mogłam pojąć, jak to się stało, że On był właśnie mój. Był ojcem naszych dzieci, moim cudnym mężem, przyjacielem, kumplem i szalonym muzykiem, który sprawił, że zaczęłam żyć. A przecież ja miałam sobie już to wszystko odpuścić.

Oni.

Nie nie. Nie było gładko i pięknie jak w bajkach tysiąca i jednej nocy. My aż tyle czasu nie mieliśmy. Ale gdy spytałem ją co my z tym zrobimy odparła po prostu – będziemy złodziejami i trochę go ukradniemy. I tak na początku, ja z gorączką wypadałem wręcz z pociągu, gdy jechałem do niej, a ona ledwo się mieściła do przedziału z tobołami i dwójką dzieci, gdy jeździła do mnie. Wszyscy gadali. Oczywiście nie w oczy, ale mieliśmy wrażenie, że nawet na murach to piszą zamiast graffiti. Że się idiotka z chorym związała. A on kretyn, wziął sobie kilka lat starszą babę z bagażem doświadczeń, jak nawet dźwigać nie powinien. Mieliśmy wrażenie, że cały świat jest przeciwny tylko nasze serca krzyczały, żeby nie odpuszczać. I miały rację. Jej dzieci stały się naszymi, jego miasto zostało naszym wspólnym domem. Pełnym ciepła, wsparcia i przekory, że skoro los nad sobie postawił na jednej drodze to zrobił to po coś. I szliśmy już razem, na przekór wszystkiemu. Do ołtarza odprowadzali nas ci, którzy nigdy nie zwątpili. Gdy powtarzałam przysięgę małżeńską, to choć nie patrzyłam wiedziałam, że mojemu tacie po uśmiechniętej twarzy spływają łzy. Czuliśmy, że chociaż krótki to będzie nasz czas. Piękny jak w bajce o niezwykłej miłości, której nie będzie w stanie rozdzielić nic. Nawet śmierć. Bo zawsze jej powtarzałem, że nie przestanę kochać nawet gdy będę już daleko. Tak daleko, że choćbym chciał nie będę w stanie wrócić. A ona odpowiadała, że nawet jeśli to śmierć jest tylko przystankiem. Bo kiedyś nadejdzie pociąg, który ją do mnie przywiezie. Że nauczyłem ją kochać, bo już dawno zwątpiła i nawet jeśli kiedyś zasnę, to ta miłość pozwoli jej przetrwać. Nawet najgorsze sztormy. I da jej wiarę, że nadejdą dobre przypływy. Zasypialiśmy trzymając się za ręce, pokazywaliśmy dzieciom wartości, które je ukształtowały i sprawiły, że wyrosły na mądrych, wrażliwych ludzi. Tańczyliśmy w deszczu, kochaliśmy na łące pełnej kwiatów, razem baliśmy, gdy przychodził kryzys. I rzucaliśmy się sobie w ramiona, gdy wygrywałem kolejną bitwę. Ona przy mnie, ja zaraz obok. Grad, śnieg, zimny wiatr w oczy. Słońce i tęcza mieniąca się milionem barw. Kiedy jedno chciało upaść, drugie podstawiało krzesło. I usiądź mówiło, ja też usiądę jak blisko się da. A potem znowu wstaniemy razem.

I tak przez blisko trzy lata. W doli i nieszczęściu. W słońcu i gęstym deszczu. W mroku nocy i brzasku poranka. Ja na szpitalnej izolatce, ona pod drzwiami. Święta Bożego Narodzenia na Skypie. Bo ja tam w szpitalnych murach a ona z dziećmi w naszym małym mieszkanku. I powroty. Pełne radości i wspólnego śpiewania o tym, że nikt się tak bardzo nie bał miłości jak my. I te jej piękne, pełne troski błękitne oczyska. I jego dłonie, w których chowała się moja twarz. I długie ciężkie rozmowy. Pożegnanie, które trwało trzy miesiące. Bo to wtedy zacząłem ją przygotowywać. Choć nie musiałem, bo ona czuła. Taka miłość zdarza się tylko raz i nie ważne, ile trwa. Bo niektórzy nie doczekują się jej przez całe życie. A nam się przydarzyła. Taka, o której potem mówili wszyscy. Bo jeśli człowiek naprawdę kocha, to choćby bardzo chciał, nigdy nie przestanie. Mimo upływu lat. Mimo dzielących milionów kilometrów. Tak jak z ziemi, po której stąpała, do nieba, w którym czeka.

Ona.

Dziś już nie płacze. Bo On tego nie lubił, mówił, że nie do tego są stworzone moje niebieskie jak sto oceanów oczy. Tak mówił. I, że gdy idę ulicą, neony tracą swój blask. Pewnie dlatego dalej to robi. Gasi nagle latarnie, gdy wracam późną porą. A dziś z otwartym sercem uśmiecham się do ulubionych zdjęć i jestem wdzięczna. Za tę miłość, która zdarza się tylko raz. I zostaje na zawsze. Pozwala oddychać, uśmiechać się do nieba, bo wie, że ktoś tam też się do niej uśmiecha. I czeka na przystanku. Albo w drzwiach. W różowych trampkach, z bezczelnym uśmiechem na twarzy. I mówi – Co taka cisza. Przecież nikt nie umarł. Na pewno nie ta miłość, która oszukała nawet czas.

Życzę Wam, żebyście nigdy nie zwątpili. Bo do Was też kiedyś zapuka. Taka miłość co ponoć się nie zdarza.
Tylko nie wierzcie plotkom. Bo dziś, gdy patrzę na zdjęcie tego chudego, roześmianego chłopaka, wiem, że się przytrafia. Bo przecież mi się przytrafiła. I jest ze mną do dziś.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma.

Uwierzcie mi . To prawda. Wszystko przetrzyma.

Anika

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.