Dziś już wiem…

0

Wybiegłam z domu zdenerwowana i zrezygnowana, z ogromną gulą w gardle. I nagle jakby wszystko wokół stanęło w miejscu. Na ławce pod blokiem, siedziała siwiuteńka jak zimowy szron staruszka. Podniosła głowę i popatrzyła mi prosto w oczy. Usiadłam obok niej i poczułam, jak lekko dotyka mojej dłoni. Rozpłakałam się jak małe dziecko. Siedziałyśmy w milczeniu dłuższą chwilę. I choć wydaję się to niemożliwe czułam, że ona wie, bo tak jak mi, jej los również odebrał szansę. Szansę na to, żeby zestarzeć się z kimś razem. Ale mimo to, też tak jak ja, była wdzięczna.

Za niezwykłą miłość. Taką, która w życiu zdarza się tylko raz. I choć za szybko odchodzi, to tak naprawdę, zawsze jest obok. Bliżej, niż myślisz.

Ktoś kiedyś powiedział, że serce ma to do siebie, że lubi zgłupieć w najmniej oczekiwanym momencie. Tak było z nami. Ty się poddałeś, ja zrezygnowałam. Oboje zmęczeni okrutnym życiem, które skopało nas i sponiewierało do granic możliwości. Tobie zabierało oddech i siły, mi resztki nadziei na normalność. Ty nie chciałeś już życia spędzanego w szpitalnych murach, ja postanowiłam, że do końca życia będę sama, bo ostatni związek, mało mnie nie zabił. Ale los postanowił zrobić nam niespodziankę. I gdy dzień przed wyjazdem do Rabki, godziłam się z samotnością, a ty w myślach, żegnałeś z najbliższymi – zdecydował, że połączy nasze kręte ścieżki. Drogi, które przez tyle lat się mijały.
– Żebyś się nie obraziła Mysza ale tak szczerze, to ja nie byłem Tobą na początku jakoś szczególnie zachwycony. Ot taka zwykła, na dodatek trochę pryszczata mamuśka, która wparowała mi na salę. I nawet nie zapytała, czy ja sobie w ogóle życzę ją poznawać. Uwielbiałam jego rozbrajającą szczerość. – Tylko te Twoje oczy. Jedno spojrzenie i strzał prosto w serce. Śmiałam się, bo wiedziałam o czym mówił. Poszłam wtedy odwiedzić kumpla, który też przebywał na oddziale. Otworzyłam drzwi i zamarłam. Gapiliśmy się na siebie dłuższą chwilę a nasze serca, choć nie byliśmy jeszcze tego świadomi, zaczęły bić w tym samym, równym rytmie.
Podałam ci dłoń, tylko po to, żeby się przedstawić.
I nie puściłam jej już, do końca naszego wspólnych dni.

Wiedziałam, że życie z tą chorobą jest ciężkie i niewdzięczne. Pełne łez, wyrzeczeń, trudnych decyzji i nieprzespanych nocy. Ale ty pokazałeś mi, zupełnie inną stronę mukowiscydozy. Nauczyłeś, żeby niczego nie odkładać na później. I pewnie dlatego już po kilku miesiącach, ściągnąłeś mnie z dziećmi do swojego miasta, żebyśmy naprawdę mogli być razem. Pokazałeś, że życie trzeba brać takim jakim jest, cieszyć się z każdego dnia i nie dać sobie wmówić, że coś jest niemożliwe. To pewnie przez to, potrafię pokonać każdą przeszkodę, przeskoczyć każdy mur. Bo kiedy inni pukali się w głowę za naszymi plecami, my byliśmy najszczęśliwsi na świecie, śmiejąc się problemom prosto w twarz. Bo gdy stałeś obok mnie, wiedziałam, że nic nie jest w stanie nas pokonać, że nie ma takiej siły, która mogłaby nas złamać.

Nie przelewało się nam, chorowaliście z naszym synem albo na zmianę albo jednocześnie. A mimo to, nigdy nie czułam się bardziej bezpieczna, bo miałeś to, czego potrzebuje każda kobieta. Szczególnie ta najbardziej skrzywdzona. Wyrozumiałość, ciepło, wrażliwość i spokój, który potrafi załagodzić każdy ból, uśpić każdy lęk. I dzikość, która rozpalała zmysły i sprawiała, że czułam się piękna, niezwykła i wyjątkowa. Stawałeś tuż za mną i szeptałeś, że jestem zjawiskiem nadprzyrodzonym. A ja się śmiałam, żebyś się nie podlizywał. Tylko od razu przyznał, że znowu zamiast czegoś bardziej potrzebnego, kupiłeś mi książkę, bo uwielbiałeś sprawiać mi drobne przyjemności. I zapewniałeś, że zawsze będziesz krok za mną. Tylko po to, żebym mogła w każdej chwili, chwycić cię za rękę, gdy bardzo będę tego potrzebować. Wiesz, że do dziś dnia, w najgorszych momentach, przesuwam dłoń do tyłu, bo wiem, że mnie za nią łapiesz?

Ubolewałeś, że nie mogłeś mieć dzieci. A byłeś przecież najlepszym tatą na świecie. Pamiętam jak płakałeś. Bo usłyszałeś przypadkiem, koleżankę naszej córki, która zazdrościła jej takiego ojca. Poświęcałeś im czas, uczyłeś jazdy na rolkach, czytałeś im bajki, chodziłeś na wywiadówki A przecież wiem, że z kilkunastoprocentową wydolnością płuc, było ci nad wyraz ciężko. To dzięki Tobie, mają taki świetny muzyczny gust, nie boją się pytać, gdy czegoś nie rozumieją, wiedzą co jest dobrym żartem a co krzywdzącą kpiną. Mają dobrych przyjaciół, bo nauczyłeś ich odróżniać dobro od zła i o nikim innym, tylko o tobie mówią ” nasz tatuś”.

Dziś są już pięknymi, dorosłymi ludźmi, którzy w każdy Dzień Ojca, wspominają swoim kolegą, jakim cudownym człowiekiem byłeś. Nasz syn, tak jak ty, piszę teksty i tworzy muzykę. A nasza córka, maluje obrazy, słuchając twoich ukochanych kapel. I tak samo śmiesznie marszczy nos, gdy się nad czymś mocno zastanawia. Jesteś dowodem na to, że najlepszym rodzicem, okazuje się czasem być, zupełnie obcy człowiek.

Pamiętam , jak tamtej strasznej nocy, tuliłeś je przed snem, dłużej niż zwykle. Jak po policzkach leciały ci łzy, bo wiedziałeś, że widzisz je ostatni raz. Prosiłeś, żeby się sobą opiekowały. Chcę żebyś wiedział, że są dla siebie wsparciem, tak jak zawsze tego chciałeś. Że są moją ostoją, że mi pomagają, bo tak je wychowałeś.

Przeżyliśmy razem, przepiękne trzy lata. Razem się śmialiśmy, razem płakaliśmy, razem podejmowaliśmy wszystkie decyzje. Nawet te najtrudniejsze. Gdy miesiąc przed twoim odejściem, wtuleni w siebie, rozmawialiśmy o tym, co będzie, gdy cię zabraknie. Pamiętam o co mnie wtedy prosiłeś, dlatego nadal, gdy idę ulicą, neony tracą swój blask. I tylko ja wiem, co miałeś na myśli. Wiem też, dlaczego czasem, gdy wracam wieczorem, latarnie nagle gasną. I choć wtedy myślałam, że mnie opuściłeś i długo nie umiałam ci tego wybaczyć, dziś już wiem. Wiem, że nie zostawiłeś nas samych. Dostrzegam cię w każdej pomocnej dłoni, naszych przyjaciół. W każdym dobrym geście od ludzi, których stawiasz nam na drodze.
I kiedy pielęgniarka podała mi torbę mówiąc – To rzeczy pani męża.Tak bardzo mi przykro. – Miałam wrażenie, że cię widzę.

Szedłeś szpitalnym korytarzem. Lekko przygarbiony, w swoim ulubionym, niemiłosiernie rozciągniętym swetrze. Tym samym, który setki razy chciałam wyrzucić i kupić ci nowy.
I gdy opierałam się o ścianę, bo nie do końca mogłam zrozumieć, co lekarz usiłuje mi powiedzieć, ty nagle się odwróciłeś i lekko, jakby z ulgą uśmiechnąłeś.
Dopiero wtedy zrozumiałam, że już nie jestem żoną. Tylko wdową. Do dziś mam ten sweter. Zakładam go w takie zimne, deszczowe dni jak ten. Otulam się nim i czuję, jak mnie obejmujesz. Dociera wtedy do mnie, że nigdy nie przestanę cię kochać i ja już zawsze, będę twoją żoną.
Na szczęście.
Bo jest taka miłość, która pozwala mi, dawać nadzieję innym ludziom. Nawet wtedy, gdy sama już jej nie mam.
Ty byłeś – jesteś taką miłością.

“I teraz wiem, że w dniu w którym umrę
Położę się na piasku
Który poniesie mnie daleko, kiedy przyjdzie przypływ
A Ty będziesz czekał na brzegu..” *

Mojemu mężowi.
Anika Zadylak
Fragment oznaczony gwiazdką pochodzi z utworu Amaral pt. Cuando Suba la Marea

 

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.