Z życia

Listy do redakcji: Dlaczego jest taki problem z opiekunami osób starszych? Opowiem Ci…

To nie jest praca o której można powiedzieć, że jak każda. I to prawda, że nie każdy się do niej nadaję. Bo oprócz sprawności fizycznej, siły do dźwigania często sparaliżowanych ciał i empatii, musisz mieć po prostu twardą d..pe. Musisz się nasłuchać, napatrzeć, wsiąknąć często w rodzinę, dla której pracujesz. W ich problemy, jakbyś swoich miał mało. Musisz przełamać wstyd swój i podopiecznego. Pamiętam jak przy pierwszym „wypadku” w pieluchę, moja pani nazwijmy ją Wandzia, płakała jak dziecko. Aż się zanosiła. A ja razem z nią. Bo czułam jej upokorzenie – Boże – powtarzała – Jakie to straszne. Jesteś obcą osobą, a myjesz mnie z kału. Jak ja mam chcieć żyć. A potem wracasz po takim dniu do domu i zasypiasz zmęczona w opakowaniu, pocieszając się że robisz coś dobrego. Że przecież ktoś musi, że tacy ludzie też są potrzebni, że w zasadzie powinnaś być z siebie dumna. I ta suma nagle pęka jak bańka mydlana, gdy podpisujesz listę w biurze, na koniec miesiąca, za pracę jaką wykonałaś. A w rękach trzymasz jakąś połowę na czynsz i wynajmem. I zastanawiasz się, z czego dołożysz drugą. I zapełnisz lodówkę. Ale się cieszysz, że masz choć tyle. I za plecami usłyszysz, że co one tam takiego robią, te całe opiekunki. Przyjdzie nakarmi, czasem przebierze. A ja każdej nocy układam się dwie godziny, bo tak mnie bolą plecy od nic nie robienia, że już nie wiem czy nie lepiej usiąść albo zasnąć na stojąco. A w smsie rano czytasz, od kogoś z rodziny podopiecznego, że masz doszorować ścianę w przedpokoju, bo nie domyłaś. Może dlatego, że nie jestem sprzątaczką na pełen etat tylko opiekunką twojej matki, która nie potrafi już sama utrzymać w ręku łyżki. Nie umie już sobie zadzwonić po pomoc. Bo jest na nią skazana. Na kogoś takiego jak ja, żebyś Ty wspaniała córko, cudowny synu – żebyście mogli żyć, pracować, mieć rodziny. I poczucie bezpieczeństwa, że choć sami tego nie potraficie ogarnąć, jest ktoś kto wam pomoże. Mimo, że okazujecie taki częsty brak jakiejkolwiek wdzięczności. Jestem opiekunką z wieloletnim stażem, słowa dziękuję, momenty, że było warto, lekcje te piękne na przyszłość – to wszystko dostałam od podopiecznych. Nie od ich rodzin. Bo to prawda. W opiece nad schorowanymi, starszymi ludźmi największym problemem są ich rodziny.

I ja wiem co ty mi powiesz randomowy człowieku, albo może nawet najbliższa rodzino głównych zainteresowanych. Czyli schorowanych, starych ludzi którzy stanowią problem, choć tego nie chcą, choć to nie ich wina. Wszyscy kiedyś będziemy starzy. Że też jesteście tym zmęczeni?  I ja wam k..rwa wierzę, bo też w tym jestem. Może nie tyle czasu co wy, może ja tam ( jeszcze) nie mieszkam i można mi napisać w wiadomości, że co? Że ty byłaś w pracy? Te cztery godziny? Powiedz to ludziom, którzy pracują po 12 godzin. Tak powiem – byłam w pracy i to tak ciężkiej, że ty anonimowa bezrobotna gnido, w życiu byś tego nie dźwignął. Bo gdy przez te cztery godziny, wysłuchujesz płaczu przerywanego śmiechem wpadającym w obłęd, bo choroba postępuje tak, że podopieczny traci kontakt z rzeczywistością raz nazywa cię aniołem raz na ciebie pluje i wyzywa od najgorszych. Żeby zaraz potem podać ci przepis na najlepsze pączki w mieście i skrupulatnie wymienia składniki. Nie spuszcza cię z oka i za chwilę pyta ile zapamiętałaś. Za minutę, już nawet nie pamięta kim jesteś i co tu robisz. Chce wezwać pomoc bo się ciebie boi. Nigdy nie wiesz jak będzie wyglądał Twój dzień, bo to starość, ma swoje prawa. Czasem każe wsadzić do wanny i wykąpać, poczesać włosy, dać herbaty, przytulić gdy wracają wspomnienia z życia, gdzie jeszcze niedawno na działce zbierała maliny. I rowerem wracała do domu, specjalnie dłuższą drogą. A teraz przykuta do łóżka, do tego mieszkania które kiedyś kochała a teraz nienawidzi, bo stało się więzieniem. Zależnym od innych, obcych ludzi. Opiekunów. Często losowych, jeśli wysyła je „biuro”. Zastępstwa, czyli od nowa musi przyzwyczaić się do nowej twarzy, pokonać wstyd, bo przecież sama sobie nie poradzi. Już nawet nie potrafi utrzymać kromki chleba, gdyby nie te panie , obce twarze, gdyby nie one, byłaby głodna. Albo siedziała brudna. Z bolącym brzuchem, bo sama do toalety nie dotrze. A w niej już sama się nie rozbierze i nie usiądzie na muszle. I powtarza patrząc mi w oczy, zawstydzona i jakby z nadzieją – Wszyscy będą kiedyś starzy? Będą.

System opieki w tym kraju, tak jak wszystko inne bardzo kuleje – Słyszę w telewizji, wypowiada się jakiś dyrektor. I to co mówi, nie jest niestety nie prawdą. Kadra nie wyszkolona, to są często ludzie z ulicy, zgłaszają się że chcą być opiekunkami i po prostu nimi zostają. Większość odpada na starcie. Nie wytrzymują zwłaszcza psychicznie. To nie jest praca dla „miękkich” ludzi, tam trzeba mieć cierpliwość i czasem nerwy ze stali, bo schorowany człowiek daje popalić. Choć robi to nieświadomie, nie celowo. Najgorzej jednak dogadać się z najbliższą rodziną, dzwonią, skarżą, narzekają. Bo mylą pojęcia, opieki ze sprzączką, kucharką, praczką, panią do mycia okien, zajmująca się działką, szorującą stare dywany. Ci ludzie zarabiają nieco ponad dwadzieścia złotych za godzinę ciężkiej harówki, pod każdym względem, bo trzeba mieć psychikę żeby w tym zawodzie pracować. Przetrwać, pomagając mądrze i się w tym nie zatracić. Bo to cienka granica. Mamy tu wiele opiekunów, którzy po średnio dwóch latach doznają tak zwanego wypalenia zawodowego, wręcz obrzydzenia do wykonywanej pracy. A potem wracają. Odpoczną, przepłaczą, przerobią i wracają do swoich babć i dziadków, jak ich nazywają. Dlaczego? Bo widocznie się do tego nadają, bo mają w sobie jakąś misje. Mimo skrajnie niskich zarobków, traktowania ze strony rodziny podopiecznych i czasem samych chorych. Mimo braku szacunku. Mimo tego zwykłego a tak czasem potrzebnego, dziękuję.

Ta praca to ciężki kawałek chleba. Wszystkim w tej historii jest ciężko. Rodzinie, choremu i komuś kto się często tym wszystkim opiekuje, choć zatrudniony jest tylko do jednej osoby. Rozumiesz? Jeśli nie, to się nie wypowiadaj, nie oceniaj, nie pouczaj.

Siedziałam wczoraj po południu na ławce, czekałam na autobus. Dosiadła się koleżanka Ewcia, też wracała od swojej podopiecznej. Zapaliła papierosa i mówi – Zwyzywała mnie, moja Halinka. A ja ją tak kocham, jutro będzie dwa lata jak tam chodzę. Ale się nie gniewam, zabolało bo mi córkę wypominała. Niby niechcący a wie co powiedzieć, żeby zapiekło. Ale jak wychodziłam, to pytała czy przyjdę jutro. Śmiać mi się chciało. Bo przecież ona jutro nawet nie będzie tego pamiętać tylko płakać, że ją zostawiłam. A ciągle mi każe obiecywać, że jej nie zostawię. I ja obiecuję. No bo co ona zrobi beze mnie. A przecież ja też kiedyś będę stara. I też bym chciała żeby taka Ewka chciała do mnie przychodzić.

Opiekunka

opr. Anika Zadylak

Anika Zadylak

Pisanie jest dla niej jak oddech. Anika jest publicystką, redaktorką przejmujących tekstów o życiu i walce o szczęście i zdrowie. Doświadczona losem pokazuje, że nie wolno się poddawać. Pisze dla Oddechu Życia, Bądź Sobą be yourself Czerwony Namiot i wielu portali i serwisów internetowych.

Podobne artykuły

Zobacz także
Close
Back to top button