
Wrześniowe dni pachną liśćmi, które co rusz wpadają mi pod nogi, gdy idę znajomą dróżką. Tak dużo się tu zmieniło, oprócz pamięci o ludziach, którzy spędzili tu większość swojego życia. Jestem w Rabce, koło nowego, pięknego instytutu. Siadam na ławce a w oddali widzę stary budynek pawilonu numer trzy. Słońce przyjemnie świeci mi w oczy, mrużę je aż w końcu zamykam. I nagle przenoszę się myślami kilkanaście lat wstecz. Słyszę gwar, śmiech, jakieś ciche narzekanie, delikatne szlochanie postaci z diagnozą w dłoniach. Ktoś kogoś pociesza, ktoś opieprza za spóźnienia na inhalacje. Zza huśtawki wybiega śliczny, blond włosy chłopiec. Jego głos odbija się echem od drzew. Biegnie prosto na mnie i krzyczy – Chowaj się kto może, doktor jedzie! Chłopiec z przepustką do nieba znika gdzieś za krzakiem jarzębiny a ja w myślach wstaje i idę do znanego mi budynku.
Już na dole przy wejściu na świetlicę spotykam Radka. Miłośnik gospodarki, marzący o własnym stadzie, ciągniku i kombajnie. Słucham śmiejąc się co chwilę o jego nowych planach i pomysłach, że lekarz się wścieka, bo w tym stanie nie powinien przyjechać samochodem sam. I, że mu tłumaczył, że nie ma czasu chorować, że trzeba go szybko postawić na nogi bo on ma wykopki a pogoda dopisuję. Pyta mnie o Patryka. Opowiadam o drodze do przeszczepu, o nerwach i strachu. – Nie bój się – słyszę – uda wam się. Inaczej po co to wszystko. Żegnamy się i za moment widzę już tylko zgarbiony cień Radka.
Wchodzę na pierwsze piętro. Drzwi dyżurki jak zawsze stoją otworem a siostra Marta, głośno prosi spóźnialskich na zmianę wenflonu. Z izolatki podpierając się o stojak na kroplówki wychodzi Ola. Od razu szeroko się uśmiecha a ja udając zdziwioną, pytam co tu robi. – Na spacerniak wyszłam, bo mnie apartament trochę znudził – odpowiada z typowym dla siebie poczuciem humoru. Przesiadamy na chwilę na krześle, skarży się na coraz częstsze duszności i pobyty w szpitalu. Ale za każdym razem podkreśla, że i tak się cieszy, że trafia tu. – Bo tu jest jak w domu. Wszyscy się znają, nikt się nie dziwi, że kaszlę, pielęgniarki przymykają oko na zbyt długie spanie a sprzątaczki podrzucają czekoladę na smuteczki. A co u was? Opowiadam, że młody się zakochał, że pierwszy raz tak naprawdę. Że mamy nową rodzinę. Tylko się boję, że nie zdążymy. – Nie trać wiary, zwłaszcza w cuda, przecież tylu ich już doświadczyłaś. Jeśli ty nie odpuścisz, to Twój syn też nie. Jeszcze oboje będziecie oddychać – słyszę i patrzę jak znika za drzwiami pokoju pielęgniarskiego. W tym samym momencie, czuje jak czyjeś dłonie zakrywają mi oczy.
– Zgaduj mamuś, zgaduj! I już wiem, że to dziewczyna o urodzie lalki z porcelany. Delikatna, krucha i silna. Najsilniejsza jaką znam. Zaciąga mnie na swoją salę, robi herbatę i siada na łóżku. Jej lekko spowolniony głos, sprawia, że znowu na moment czuję spokój. Słucham najnowszych ploteczek, kto się z kim pokłócił i że Sebastian zakochał się w Paulinie. Że wczoraj była dziwna burza i ciekawe kto lepi te pyszne pierogi z serem, które je już trzeci dzień z rzędu. Że jak zmienią kucharza, to się obrazi i pójdzie na skargę do dyrektora. Że odma wróciła ale już przywykła i że testowała nowy respirator. Nie chce się śmiać ale z Eweliną i jej dowcipami nie da rady. – A wy jak, dajecie radę? Mówię, że tak, że jest rollercoaster ale dużo dobrych ludzi, dobrych dusz w około . – Nawet sobie nie zdajesz sprawy jak dużo – mruga mi okiem, bo musi już iść ale pokazuje palcem na schody. Widzę jak powoli schodzi na dół. Przytulam go, choć wiem jak nie lubi rozczulania.
– Ty tu masz stały meldunek, bo tak często cię widzę? – wita się ze mną szczupły chłopak w okularach. Bierze mnie za rękę i idziemy na obchód jak on to nazywa. Rozmawiamy trochę o życiu, trochę o głupotach. O tym, że w Zabrzu tyle dobrego i że ten miłosny film o mukowiscydozie nawet jemu się podobał. Mówi, że dobrze wyglądam, że czas się dla mnie chyba zatrzymał. – Chciałabym go trochę kupić dla Johnego – wyrywa mi się cicho. – Przecież go ciągle macie, tyle już przeszliście. Przestań już marudzić, szykuj się lepiej na zmiany. I kondycję popraw, bo nie nadążysz za nim jak dostanie nowe płuca. Dziękuję Kami – myślę – i już nie pytam. Wiem, że on też musi już iść.
Zbieram się do wyjścia ale dobiega mnie znajomi dźwięk. Cofam się kilka kroków i na szpitalnym łóżku, siedzi on. Cudny chłopak z gitarą, który był dla mnie parą. Siadam przy oknie i wpatruje w oczy z rzęsami jak firany. Śpiewa mi, że nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości jak ja. I przypomina, jak ponoć podeptałam mi stopy przy pierwszym tańcu na naszym ślubie. I, że jestem uparta jak osioł, bo on dobrze wie, że nie wyrzuciłam jego starego swetra, choć prosił już o to lata temu. – Radzisz sobie moja żono? Mówię, że czasem wariuje ze strachu, że sił często brak, że bezsilność zagląda do okien i zrezygnowanie. Że może coś zrobiłam nie tak, coś zawaliłam. Patrzy przez chwilę w milczeniu, przewraca w palcach zdjęcie Patryka. – Na pięknego człowieka wychowałaś tego naszego syna. Wojownik. Po tobie. A tacy zawsze wygrywają. Więc przestań już martwić się czasem – już dawno pokazał, że jest po waszej stronie. Głaszczę jego długie włosy, przez chwilę czuje jego zapach.
Znowu jestem na zewnątrz. Jest przyjemnie ciepło. Zatroskane mamy, jeszcze niczego nie świadome dzieci. Chorzy dorośli z nadzieją w chcących żyć oczach. Ruch jak w porcie. Jedne statki cumują, inne odpływają w daleki rejs. Przysiada się do mnie na chwilę blond włosy, niezwykły chłopiec. Ściska w dłoni specjalną przepustkę. – Popatrz – mówi. Nadal tu jesteśmy. Biegamy, śmiejemy się i płaczemy. Boimy, witamy się i czasem żegnamy. I wiesz, powiedz wszystkim, że będziemy tu już zawsze. Jeśli tylko będziecie o nas pamiętać.
Otwieram oczy. Jest wrześniowe popołudnie 2025 roku. Patrzę w niebo. Bo widzę Was za każdym razem, gdy siedzę na tej ławce.
„Idzie drogą człowiek
Wielce utrudzony
Przez życie wędruje
I jest już zmęczony,
Na ławeczce w parku
Nieśmiało przysiada
Ławka umie słuchać
A on opowiada…
O cudnym dzieciństwie
O rodzinnym domu
Co leży na sercu
Nie mówił nikomu,
Ławka mruczy cicho
Szczebel się poruszył
Słucha opowieści
Kto mu serce skruszył…”
Anika Zadylak
*Wiersz z Internetu, autor nieznany”








