Niebieskie dzieciństwo

0

Od wielu lat, wraca do mnie taki obrazek z przeszłości. Siedzę na ławce w parku, zmęczona po kolejnej nieprzespanej nocy. Widzę uśmiechnięte mamy, bawiące się dzieci, tatusiów grających z synami w piłkę. Dzwoni telefon – Czy pani syn był ochrzczony? Odpowiadam, że nie było kiedy, bo ciągle jest w szpitalu. Od dwóch dni w stanie ciężkimi na oddziale zakaźnym. – Proszę przyjść, ksiądz na panią czeka, sytuacja się pogarsza. Czuję jak telefon wysuwa mi się z rąk a w tym samym czasie, z rąk stojącej naprzeciw małej dziewczynki, wymyka się niebieski balonik. Zaczynam płakać i słyszę – Nie płacz. On poleci prosto do nieba.

Dzieciństwo kojarzy się zazwyczaj z niekończącą się zabawą. Z beztroską i zdartymi kolanami. Z ogromnym, kolorowym lizakiem, głośnym placem zabaw i pierwszą przedszkolną miłością. Z pokojem pełnym zabawek, wakacjami u babci i pierwszą jazdą na rowerze.

Ten świat jednak, jest byle jak urządzony. Niesprawiedliwy, czasem wręcz okrutny.
Bo są dzieci, których życie zaczyna się i kończy w dzieciństwie, w większości spędzonym w szpitalnych murach.

Dziś Dzień Dziecka.

Zabiorę was w podróż do przeszłości. Do rabczańskiej, nieistniejącej już “trójki”, w hołdzie tym dzieciom, których dusze jak niebieski balonik, poleciały prosto do nieba.

“Jestem trochę jak ptak, który nie może śpiewać…”

Jutro kończę 12 lat, mama nie może przyjechać na urodziny. Nie jest mi przykro, nie może być, bo wiem, że mama ciężko pracuje, że nikt jej nie pomaga. Przyzwyczaiłem się zresztą, tak często tu jestem, mam tu kolegów, ciocie pielęgniarki. Nie jestem sam. Odkąd tylko pamiętam, to w moim życiu zawsze były inhalacje, karetki, kroplówki, potem rurka z tlenem. Czasem było mi przykro, że jestem za słaby na to żeby ganiać po boisku, żeby jeździć na rolkach. Ale potem pomyślałem, że są dzieciaki, które nie widzą albo są sparaliżowane. Im jest jeszcze bardziej smutno, a ja mogę przecież iść na plac zabaw, pobujać się na huśtawce. Co z tego, że najczęściej tej przy klinice. Przynajmniej wiem, że jak coś zbroję i trzeba będzie mnie ratować, to doktor jest blisko.

Babcia mi zawsze mówiła, że należy dziękować za każdy dzień. Nawet ten najcięższy, bo życie jest różne ale zawsze piękne. Zabierała mnie do swojego ogrodu, pokazywała kwiaty, dojrzewające owoce, poznawałem ich zapach i smak. Patrzyłem na latające owady, na niebo, uśmiechałem do słońca i rozumiałem, co chciała mi przekazać. Raz tylko byłem wściekły na wszystkich, bo mieliśmy jechać na wakacje nad morze ale choroba nie pozwoliła. Siedziałem w tym sadzie, dziadek mnie tam zaniósł i patrzyłem na gałąź. Siedział na niej skowronek, zachwycająco piękny. Dziadek pogłaskał mnie po głowie i powiedział – Nie martw się już, jeszcze pojedziemy, gdzie tylko zechcesz.

A potem jakby trochę posmutniał, popatrzył na drzewo – Ty też jesteś trochę jak ten ptak. Tylko nie możesz śpiewać.

Wiesz, że ja dopiero dziś zrozumiałem, co dziadek miał wtedy na myśli? Może to znak, że się starzeje.
Uśmiechnął się i…takiego go zapamiętam.

Jego balonik, wzbił się wysoko, wraz z głośnym śpiewem ptaków, dwa tygodnie po urodzinach.

“Nigdy się nie bałem, byleby ktoś trzymał mnie za rękę…”

Dzieciństwo? Nie tęskniłem, bo tak szczerze, nie bardzo wiem za czym. Najpierw dom przesiąknięty smrodem alkoholu, potem bidul, w międzyczasie mukowiscydoza. Nie licz na to, że będę narzekał, płakał, użalał się nad tym, jakie mam przesrane życie. A co to zmieni? Jest jak jest i pewnie niedługo się skończy, bo przecież widzę co się dzieje, rozumiem, co mówi do mnie lekarz. To, że wyglądam jak dziecko, nie znaczy, że nim jestem. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem. Wiesz, tacy jak my dorastają w ekspresowym tempie, niektórzy nawet nie zdążą złapać pierwszego półoddechu. Mi się udało. Mogłem trochę pożyć i co z tego, że byle jak, że w szpitalu i bez rodziców. A może to jest tak, że każdy ma swoje dzieciństwo? Jedni w zwyczajnych, dobrych domach, inni sami, na szpitalnej sali. Ja lubię to swoje dziwne życie, bo nie znam innego. Mam swoje miejsce na ziemi, gdzie wszyscy mnie znają. Gdzie nie muszę udawać, ukrywać dręczącego kaszlu, bo tu każdy tak ma. Nie zazdroszczę dzieciakom, które są tu z mamami. Bo te matki są na ogól fajne, nie tylko dla swoich pociech. Tak jak ty. W ubiegłym roku, zabrałaś mnie na pizze, a mama Dominiki na zakupy. Zresztą tu w “trójce”, wszyscy są jak jedna, wielka rodzina. Trafiasz tu pierwszy raz i od razu wiesz, że będziesz tu wracał. Aż pewnego dnia, zostaniesz na zawsze.

Nie, nigdy nie bałem się śmierci, pewnie przez to, że jestem z nią oswojony. Chciałbym tylko, żeby ktoś przy mnie był, trzymał mnie za rękę, gdy będę odchodził do moich przyjaciół. Tych, którzy są już po drugiej stronie.

Pół roku później, przez okno izolatki na której leżał, wysoko ku niebu, wzbiła się niebieska dusza.

“Nie martw się tato, zacznę tam budować nasz wymarzony dom…”

Sam go wychowywałem i nie oczekuj, że będę osądzał wybór mojej żony. Wiem, że zabrzmi to strasznie ale ja jestem jej wdzięczny, bo dała mi wspaniałego syna. Nie chcę się zastanawiać, dlaczego nas zostawiła, nie będę jej osądzał, życie i tak to zrobi.

Mieliśmy to cholerne szczęście, że przez blisko 10 lat, żyliśmy spokojnie. Były drenaże, były leki i pobyty w szpitalu ale choroba, nie zabrała mu dzieciństwa. Piotruś czuł się na tyle dobrze, że bawił się bardzo często z rówieśnikami, chodził do szkoły, pomagał mi nawet w drobnych pracach domowych. Ja większość czasu, spędzałem na budowie i o to mam do siebie czasem żal. Chciałem, żeby miał dom, godne warunki, swój ogród, hamak na werandzie. Był takim dzielnym, dobrym dzieciakiem. Wiesz, że czasem pomagał mi deski nosić? Nie pozwalałem mu na to, bo się martwiłem, to jeszcze dziecko i w dodatku chore. Ale miał taki rozbrajający uśmiech, nie sposób mu było odmówić. Myślę, że nigdy mu niczego nie brakowało. Sama jesteś rodzicem, to wiesz jak to na ogół wygląda. Sobie odejmiesz, żeby one miały. Żeby były choć trochę szczęśliwe, bo los nie obszedł się z nimi łaskawie, dając w niechcianym prezencie te pieprzoną mukowiscydozę.

Zawsze też myślałem, że jeszcze mamy na wszystko czas, że zdążymy gdzieś pojechać, czegoś nowego się nauczyć. Bo było przecież prawie dobrze.

A załamanie przyszło nie wiadomo skąd. Coraz gorsze wyniki, coraz słabsze płuca. I on – dopiero, co biegał po podwórku, teraz coraz częściej przykuty do łóżka. Przywiązany kroplówkami, sączącym się cicho tlenem.
Dwa miesiące temu, gdy jego zmęczone serce przestawało bić, zdążył mi jeszcze powiedzieć, żebym się nie martwił. Że czas szybko zleci i znowu będziemy razem. A on tam, żeby mu się nie przykrzyło, zacznie budować nasz wymarzony dom.

Wiesz, ja nigdy nie pomyślałem, że nadejdzie taki czas, że będę siedział tu sam i patrząc w niebo, zastanawiał się. Czy już znalazł tam dla nas odpowiednie miejsce, czy wylał fundamenty. Na jaki kolor pomaluje ściany w jadalni?
– Na niebieski – pomyślałam.

“Uśmiechała się. Jej życie gasło, a ona się uśmiechała. I dzięki temu, dziś ja potrafię się uśmiechnąć…”

Nie nacieszyliśmy się nią długo. Nie taka jest kolej rzeczy, żeby to rodzice chowali swoje dzieci. Zwłaszcza, kiedy mają zaledwie pięć lat.

Od samego początku, jak tylko pojawiła się na świecie, po ostatni dzień, towarzyszył mi strach. To nie tak, że nie wierzyłam, poddałam się, nie walczyłam o nią. Robiliśmy z mężem wszystko. Tego chyba nawet nie trzeba tłumaczyć ale choroba, nie dawała najmniejszych szans, obdarła nas ze złudzeń. Dlatego skupiliśmy się na tym, żeby po prostu z nią być. Żeby mogła jak najwięcej zobaczyć, jak najwięcej przeżyć. Pozwalałam jej bawić się błotem z brudnej kałuży, wystawiać język i łapać na niego, padający śnieg. Oglądać bajki do późnych godzin i przesypiać później pół dnia. Tańczyć bosymi nóżkami na chłodnej, porannej trawie, jeść lody zamiast obiadu.

Wyparłam z pamięci te wszystkie złe obrazy. Biegnące do niej pielęgniarki, odciągającego mnie od łóżka lekarza. Swój krzyk, rozdzierający noc, w którą odeszła. Małą, białą trumienkę i spazmatyczny szloch mojego męża. Bo dała mi coś więcej.

Moja mała córka, która na zawsze pozostanie moim dzieckiem, pokazała mi, jak żyć, mimo wszystko. Nieustannie się uśmiechała, nawet wtedy, gdy wiem, że cierpiała, że była zmęczona. Jej krótkie, kruche życie gasło, a ona nie przestawała się uśmiechać. Dzięki temu, ja i mój mąż nadal żyjemy. Spodziewamy się kolejnego dziecka, wierzymy, że życie potrafi być dobre, że nam się też jeszcze ułoży. A gdy wraca do mnie ten przerażający smutek, zamykam oczy i ją widzę. Jak tańczy, nucąc ulubioną piosenkę. Widzę jej radosną twarz. Bo nadal i już zawsze, będę jej mamą, a ona moją córeczką. I wtedy to ja się uśmiecham.
Dziś dzień dziecka.

Jak co roku, pojadę na cmentarz, zawiozę jej ulubione niezapominajki. Ze wszystkich kwiatków, te lubiła najbardziej.
– Bo są niebieskie – szepnęłam cicho i popatrzyłam w niebo.

Trzy rzeczy, które zostały z raju: gwiazdy, kwiaty i oczy dziecka.
(Dante Alighieri)

Anika Zadylak

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.