Listy do Mikołaja

0

Ze zdjęcia, patrzy na mnie uśmiechnięty chłopak. Tuż nad jego głową, od choinki odbija się blask światełka. Wygląda jak gwiazdka. Przez chwilę myślę o tym ilu z nas ma kogoś bliskiego, już po tamtej stronie. Przecież gwiazd na ciemnym niebie, wciąż jakby więcej.

– Wiesz kiedy płakałam najbardziej? Oboje z mężem płakaliśmy. Gdy przeczytałam list naszej córki. Miała 7 lat, było kilka miesięcy po śmierci Tomka, święta za pasem i ten list, do Świętego Mikołaja.

Napisała, że bardzo go przeprasza, bo wie, że ona prosiła o coś innego. Ale gdyby nie było za późno i zamiast wszystkich innych prezentów, mógłby na chwilę jeszcze raz, przyprowadzić Tomka. Żeby mamusia się mogła pożegnać, bo nie zdążyła. I teraz bardzo cierpi, myśli, że to jej wina. A to nie prawda, to tylko samochód się zepsuł a jej brat, musiał już iść.
” Bo on poszedł do nieba, tam go poszukaj. Tak bardzo cię proszę Święty Mikołaju..”

Tomek od dłuższego czasu był w kiepskim stanie. Ciągle szpital, choroba postępowała. Wiesz jak jest, męża pochowałaś. Przepraszam, to nie tak ale wiem, że rozumiesz. Może nawet bardziej, niż ktokolwiek.
Często mnie o to pytał o to, czy z nim wtedy będę. Przy nim, bo się boi, wie, że umiera ale nie chce być wtedy sam. Obiecałam mu, że nie puszczę jego dłoni aż zaśnie. Nie umiałam powiedzieć umrze.
To jest takie straszne, takie niesprawiedliwe, nie ta kolei rzeczy. Miał 17 lat. To czas wyboru kierunku studiów, pierwsze miłości i rozczarowania, pierwszy rozbity nos i przyjaciel, co jednak zawiódł. Pierwsze poważne kłótnie i znikanie na noc.

Kiedyś się wściekałam, gdy nie odbierał telefonów. A dziś boli mnie do granic wytrzymałości, że on już nigdy nie zadzwoni.

Tego dnia od rana działo się źle. Pokłóciliśmy się z mężem, żadne z nas nie dawało sobie z tym rady. Z tym strachem nie do opisania. Zmieszanym z resztkami nadziei. Pojechałam z Julką do mojej mamy, wypłakać się, zapytać co robić, jak to znieść. I wtedy zadzwonili ze szpitala. Że Tomek gwałtownie się pogorszył, że stan jest bardzo zły, żeby przyjechać.

Nie pamiętam drogi do samochodu. Mama krzyczała za mną, żebym poczekała, że jest zimno, że nie wzięłam kurtki. A ja nic nie czułam. Nawet nie powiem ci, co wtedy myślałam i czy w ogóle. Na pewno o tym, żeby już tam być. Z nim, przy nim, tak jak obiecałam.

I wtedy auto się nagle zatrzymało, nie chciało odpalić. Nie pytaj co się stało, to tak teraz nieistotne a tak absurdalne. On odszedł, a ja stałam na środku ulicy. Nie wiedziałam w którą stronę iść, machałam do przejeżdżających aut. Telefon w mojej dłoni dzwonił i dzwonił. Zerwał się przeraźliwie zimny wiatr. Nie odbierałam. Płakałam, bo wiedziałam, czułam, że mój syn właśnie zasnął. I był wtedy sam, bo ja nie zdążyłam.

Obsesyjnie myślałam o pierwszych świętach bez niego, w tajemnicy przed mężem kupiłam Tomkowi prezent. Wiem jak to brzmi, ja ciągle nie mogłam się z tym pogodzić, czułam się jakbym czekała, wierzyła, że on wyjechał i wróci. Jak wcześniej do kliniki. Wróci, a wtedy ja będę mogła go przeprosić, za to, że wtedy go zostawiłam.

Myślałam, że nad wszystkim panuje, wróciłam nawet do pracy, wspierałam inne mamy, które dopiero oswajały się z diagnozą swoich dzieci. Starałam się też spędzać więcej czasu z Julką ale myślami i sercem, byłam przy tym dniu. Nie na pogrzebie, tylko na tym skrzyżowaniu. Sama ze sobą i moimi myślami. Poczuciem winy, które zaciskało pętle na szyi. I pustką, bo wraz z jego sercem, moje też jakby zwolniło rytm. Na moment nawet stanęło. To wtedy, kiedy pękło.

Miotałam się, uciekałam na cmentarz, przepraszałam. Nie mogłam spać albo dręczyły mnie złe sny. I przyszedł grudzień. To prawda, że jak stracisz kogoś bliskiego, najbliższego, to ten miesiąc boli najbardziej. Postawię talerz dla niespodziewanego gościa i będę czekać na dzwonek do drzwi z nadzieją, że to mój syn? Przecież jego już nie ma. On już nie wróci. Wtedy Janek, mój mąż przyniósł ten list od Julki. Poszłam do jej pokoju i zapytałam, czy chciałaby w tym roku szybciej ubrać choinkę. I upiec pierniki, bo tak dawno tego nie robiłyśmy. Przytuliła się do mnie jakby chciała mi powiedzieć, że bardzo tęskni. Bo jestem ale obok. A powinnam być z nią, przy niej. Tak jak całe życie byłam przy Tomku.

Tamtego dnia odszedł we śnie, tak jak zawsze chciał.

Zeszliśmy do salonu, mała wyjęła ulubioną bombkę brata. Powiesiła w najbardziej widocznym miejscu i ukradkiem zaglądała, czy patrzę. To była taka mała, kolorowa gwiazdka ale odbijała piękne światło. Popatrzyłam wtedy w niebo i pomyślałam o tym, co kiedyś przeczytałam pod zdjęciem twojego męża.

„Choć wszystkie gwiazdy na niebie zgasną, ty będziesz świecił nadal. Najjaśniej.”

Wracając dziś do domu, myślałam o Iwonie, której syn miał na imię tak jak mój. O Grażynie, której Alana znałam od dziecka. O Ani, która tak strasznie nadal tęskni za swoim Bastkiem. I o innych mamach, które mają swoje ukochane punkty na niebie. Dla których „pierwsza gwiazda” ma szczególne znaczenie.

Anika Zadylak

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.